Make your own free website on Tripod.com
Rimgaudas GELEŽEVIČIUS

Bankructwo państwa urzędników

Niezdarna, nieruchawa klasa urzędnicza, przesiąknięta duchem czasów ekonomiki nakazowej, staje się największą przeszkodą w budowie nowoczesnego Państwa Litewskiego.

"Samorysujące się ręce" - ta litografia M. Eschera wygląda szczególnie znacząco na ścianie gabinetu badacza biurokracji litewskiej, wiceprezydenta Instytutu Wolnego Rynku Ugniusa Trumpy, który niedawno ukończył 30 lat. Na jej widok mimo woli przypomina się często powtarzane powiedzenie o kaście urzędniczej, która przede wszystkim służy sobie.

Po ukończeniu studiów filozofii średniowiecza na Uniwersytecie Moskiewskim i szkoły przedsiębiorczości Uniwersytetu Wileńskiego Ugnius miał znakomite możliwości, aby zostać biurokratą - proponowano mu wysokie stanowisko w Ministerstwie Gospodarki. Jakie mianowicie - tego nie chciał mówić. Ale naprawdę mógł mieć stanowisko powyżej kierownika wydziału. Odmówił, ponieważ: "Praca urzędnika jest mi wstrętna. Zbyt dobrze ją znam, gdyż prowadzę badania w tej dziedzinie. Taką posadę objąłbym chyba po to, aby zrealizować reformy, bowiem w takich warunkach pracować jest niemożliwie".

Biurokracji - władzy kancelaryjnej (od francuskiego słowa "bureau" - kancelaria i greckiego "kratos" - władza) nigdzie nie lubią. Wszędzie klną z tego powodu, że sługa społeczeństwa za wszelką cenę stara się zostać panem. Państwowa służba, powołana do obsługi potrzeb społeczeństwa, skłonna jest do rzucenia sobie tego społeczeństwa pod nogi, podporządkowania go swej woli. Ludzi irytuje również to, że aparat zarządzania nie jest taki elastyczny i szybko reagujący na zmiany życiowe, jak, powiedzmy, przedsiębiorczość.

Zdaje się, że Georg Hegel powiedział, iż niemożliwą rzeczą jest namalowanie zakończonego obrazu świata, który sam nie jest dokończony, ciągle się zmienia i w każdej następnej chwili jest już inny. Tę samą myśl filozof i ekonomista U. Trumpa wyraża następująco: "Ekonomika, a przecież to podstawa samego życia, zawsze jest bardziej różnorodna niż czyjeś zdanie o niej. Myśl urzędnika ciągle się spóźnia, gdy usiłuje żywą rzeczywistość wcisnąć w ramy jakichś przepisów. Nie potrafi dokładnie odzwierciedlić tych realiów, gdy kreśli tę lub inną formę działalności, powiedzmy, przepisy handlu. Już pichcąc je urzędnik jest jedną nogą w dniu wczorajszym. W ekonomice wszystko zmienia się o wiele prędzej i obecnie na Litwie daleko ona wyprzedziła aparat zarządzania państwem, pozostający mocno w tyle za potrzebami życiowymi?.

Swą myśl U. Trumpa ilustruje działaniem systemu podatkowego. "Jakże nieefektywny jest nasz system podatkowy, chociaż pracuje w nim mnóstwo ludzi! - woła on. - Jednakże ci ludzie pracują w istocie, jak w średniowieczu - głównie wertują księgi buchalteryjne, uzbrojeni w ołówki i gumki, mając na rękawach czarne narękawki. Pracują w ten sposób nawet po otrzymaniu komputerów. System zarządzania jest inercyjny - jeśli wszystko zostanie skomputeryzowane, uporządkowane, więc oni sami też będą musieli zmienić styl pracy. Obecnie w państwie panuje chaos, a chaosu nie można skomputeryzować. Po to, aby system podatkowy wprowadzić do komputerów, potrzeba, aby podatki były konsekwentne. Język logiki nie znosi takich rzeczy, jakie dzieją się u nas".

U. Trumpa naprawdę nie jest jedynym człowiekiem na Litwie, mającym taką złą opinię o aparacie zarządzania państwem. Jego głos tonie w ogromnym chórze, wśród którego, gdy się dobrze wsłuchać, można usłyszeć nawet głosy poszczególnych urzędników.

Renaldas Gudauskas, wiceminister reform administracyjnych i samorządów, pracuje również jeszcze jako docent wydziału komunikacji Uniwersytetu Wileńskiego. Mówi on, że podjął posadę państwową, aby móc realizować swe idee naukowe budowania społeczeństwa informacyjnego w naszym kraju. Niestety, naukowiec zdążył już przekonać się, że aparat urzędniczy jest " rozdmuchany, niezdarny, nieruchawy i nieelastyczny". "Czy nasze państwo działa jako efektywna organizacja'" - głośno rozważa R. Gudauskas. - Moja odpowiedź brzmi jednoznacznie: Państwo Litewskie nie jest organizacją efektywną. Efektywne państwo pojmuję jako państwo, mające wyraźną wizję przyszłości, ukierunkowane na jakościową informację, potrafiące szybko się zmieniać i przystosowywać do tych procesów, jakie zachodzą wewnątrz i na zewnątrz niego. Żaden z tych kryteriów nie jest na Litwie spełniany całkowicie. Państwo, jako efektywna organizacja, powinno być dopiero budowane".

Państwo urzędników

"Urzędnicy nie podzielili "Lietuvos kuras", "Urzędnicy rozprawiają się z nieprzychylnymi przewoźnikami", "Urzędnicy zrodzili monstrum energetyki'", "Dzieci marzną, urzędnicy się grzeją'", "Szczodrość urzędników opróżnia budżet miasta" - ludzie tak się przyzwyczaili do takich tytułów w prasie, że byliby najpewniej niezmiernie wstrząśnięci, gdyby ujrzeli coś przeciwnego, np., "Urzędnicy niezwłocznie znaleźliśrodki na naprawienie dziurawego dachu muzeum M.Čiurlionisa". Naród widocznie nie lubi swych synów i córek, którzy poświęcili się służbie państwowej.
Tego nie da się wytłumaczyć jedynie złą pracą lub aroganckimi manierami urzędników. Korzenie wielkiego niezadowolenia tkwią również w dawnej tradycji litewskiej. Przypominając czytane ongiś opowiadania Vincasa Kudirki , np., "Naczelnicy" ("Jestem bogiem powiatu! - powiedział głośno Wakanalij Wziatkowicz Krugłodurow, nowo przybyły naczelnik do Naupile..".), możemy się domyślać,jaki przez długie wieki był stosunek prostych litewskich wieśniaków do urzędników, którzy nawet na najniższych szczeblach byli innej narodowości lub - co jeszcze gorzej - spolonizowanymi albo zrusyfikowanymi Litwinami. Obca, wroga siła. Jakie to mogły być usługi publicznej administracji! Od urzędników można było tylko się spodziewać nieprzyjemności, chyba że udawało się ich odpowiednio "posmarować'".

Litwę "smetonowską" często nazywa się "krajem urzędników". Urzędnicy państwowi stanowili najliczniejszą część nowych wyższych sfer, dawna bowiem spolonizowana arystokracja nie pasowała do "narodowego" państwa. Niebawem rozpanoszeni urzędnicy stali się najważniejszym, chyba, obiektem nienawiści narodu i inteligencji.

Oto dlaczego świętej pamięci pisarz Jonas Avyžius, jeszcze jako członek sejmowej frakcji konserwatystów, w rozmowie z pismem "Veidas'" wyrażał obawy, że ówczesny premier Gediminas Vagnorius tworzy państwo urzędników - takie same, jakim była Litwa "smetonowska". Na dyktafonie został zapisany i dziś rozbrzmiewa głos pisarza: "Przed wojną urzędnicy mieli wysokie pensje, dlatego społeczeństwo patrzyło na nich krzywo i wyśmiewało się z nich. Co prawda, obecnym urzędnikom do tych przedwojennych jest jeszcze bardzo daleko. Większość dzisiejszych otrzymuje tylko jakieś 3 tysiące litów, które równe są zaledwie 500 litom '"smetonowskim".

Może pisarz omylił się, twierdząc, że konserwatyści dążą do przekształcenia po raz drugi Litwy w raj biurokratów. Kto wie. "Twierdzenie, że buduje się państwo urzędników, jest zbytnio przesadzone - powiedział konserwatysta, kanclerz Sejmu Jurgis Razma. - Jednak, uznałbym to jako tendencję. Jednakże wydaje mi się, że w czas zatrzymaliśmy się i obecne realia pozwalają "odejść" od takiej oceny. Ale zatrzymaliśmy się stosunkowo niedawno. Dotychczas te procesy były regulowane na szczeblu rządowym (tj., przez G. Vagnoriusa i jego najbliższych zwolenników - R. G.) i uważam, że stan urzędniczy naprawdę nie mógł się skarżyć na złe życie w tamtym okresie".

Po roku 1990 narodowa biurokracja w ciągu krótkiego czasu potrafiła się stać potężnym, szczodrze finansującym siebie klanem. Teraz przeżywa ona "złoty wiek", który, zapewne, zacznie blednąć, gdy realną władzą na Litwie trzeba się będzie dzielić z biurokratami w Brukseli.

Zatem romans naszego narodu i biurokracji nigdy nie był szczęśliwy. A gdy jeszcze przypomnimy półwiecze panowania całkowicie nie kontrolowanej sposobami demokratycznymi przez obywateli i uznającej jedynie dyrektywne metody zarządzania biurokracji sowieckiej, wówczas będziemy zmuszeni do skonstatowania z zimną krwią: Litwa nigdy nie miała i nie ma kompetentnej i rzetelnie służącej społeczeństwu klasy urzędniczej.

Celem aparatu - totalna kontrola

Wszyscy odczuwamy, że państwo urzędników, konsekwentnie budowane przez całe ostatnie dziesięciolecie, w ciągu którego naprawdę udało się zrealizować zasadę W. Lenina "Każda kucharka może rządzić państwem", obecnie znalazło się w ślepym zaułku. Trudności ekonomiczne i finansowe narastają w szybkim tempie, ale urzędnicy nie są w stanie zaproponować nic nowego do ich przezwyciężenia, chyba tylko tradycyjne metody zaostrzania kontroli działalności gospodarczej, "lepszego" ściągania podatków, wymagania dyscypliny oraz inne, wielokrotnie już wypróbowane sposoby, które ani razu nie zagwarantowały poważniejszego sukcesu.

Parę lat temu Instytut Wolnego Rynku podjął badania, jaki wpływ na przedsiębiorczość wywiera działalność instytucji władzy - od chwili, gdy człowiek zgłasza się do samorządu, aby zarejestrować swoje przedsiębiorstwo, do momentu, kiedy zostaje kierownikiem wielkiego przedsiębiorstwa. "W czasie tego badania zetknęliśmy się z biurokracją w prawdziwym sensie tego słowa - mówi U. Trumpa. - Co wykryliśmy "To, że na Litwie istnieje blisko 80 instytucji, które mają wpływ na przedsiębiorczość. Ponieważ ekonomika jest podstawą naszego życia, więc można sobie wyobrazić, ile różnych instytucji reguluje każdy nasz krok. Na przykład, gdy kupujemy pieczywo w sklepie - Inspekcja Higieny, Centrum Żywienia, Inspekcja Ochrony Zdrowia itd.".

Następnie współrozmówca opowiada o innym ważnym odkryciu - ustawy określają tylko ogólne formy działania, natomiast same instytucje kontroli ustalają własną metodykę, sposoby działalności, mają wolność takiego lub innego postępowania. Na przykład, Sejm uchwala ustawy o podatkach, natomiast konkretną ich wysokość określa władza wykonawcza. Takich przypadków jest wiele, a to sprawa istotna. Dlatego też zdarzają się takie rzeczy, gdy zwykły inspektor wstrzymuje działanie przedsiębiorstwa albo je ogranicza, słowem, może popełniać nadużycia.

"Realizować kontrolę i starać się, aby była ona powszechna - taka jest praca tych ludzi, tak wyobrażają oni sobie swą misję - oburza się U. Trumpa - Jeśli zapytacie o opinię każdego sprawującego kontrolę urzędnika, co sądzi o swej pracy, to usłyszycie, że kontrolować trzeba jak najwięcej, jest to bowiem bardzo ważne. Pewien wysoki funkcjonariusz urzędu ceł USA z trybuny naszego Sejmu powiedział otwarcie, że gdyby mieli oni wolne ręce, gdyby ich nikt nie kontrolował, to celnicy amerykańscy sprawdzaliby każde źdźbło i zatrzymaliby każdy potok towarów, dowolną działalność gospodarczą, chociaż nie byłoby wtedy żadnego przemytu. W tym przypadku sam funkcjonariusz uświadamia sobie, w jakim stopniu jego działania są szkodliwe".

Szczególnie wielką szkodę można wyrządzić, gdy formy kontroli państwowej uzasadniane są abstrakcyjnymi celami, na przykład, troską o zdrowie lub moralność publiczną. W takich przypadkach twierdzi się, że im więcej będzie kontroli, tym pomyślniej zostaną osiągnięte te cele. Niestety, praktyka dowodzi czego innego. Kampania antyalkoholowa z czasów Michaiła Gorbaczowa lub zakaz produkcji i spożycia alkoholu w USA w pierwszej połowie tego wieku dowiodły, że nawet totalna kontrola biurokratyczna nie daje efektów. U. Trumpa zapewnia, że podobne będą po paru miesiącach skutki wprowadzanego na Litwie zakazu reklamowania wyrobów tytoniowych. Jednakże, taki tryb pozwoli niewątpliwie urzędnikom na nadużycia, jeszcze większe rozszerzanie swych wpływów.

"Przetrwać w pękających formach"

Ponieważ aparat zarządzania jest tym nieuniknionym złem, bez którego społeczeństwo nie może normalnie żyć, więc nauka stworzyła model idealnej biurokracji. Zdaniem politologa Jurate Novagrockiene, taki model zawsze jest łączony z nazwiskiem zmarłego w 1920 roku niemieckiego myśliciela politycznego Maxa Webera. Biurokracja powinna być profesjonalna, neutralna politycznie, wyraźnie podzielona pod względem hierarchii, jej wspinanie się po drabinie służbowej musi być oparte jedynie względami kariery (a nie nominacjami rządzących sił politycznych). Jednakże politolog podkreśla, że postulat neutralności politycznej jest charakterystyczny dla krajów Europy. Służba państwowa w USA ma inny charakter - po przyjściu nowego prezydenta zmienia się również bardzo duża część administracji.

Na Litwie jeszcze nie zakończył się okres przejściowy, więc za wcześnie jest wyciągać ostateczne wnioski, według jakiego modelu buduje się miejscową biurokrację. Chociaż ostatnio przyjęta ustawa o służbie państwowej jest jak gdyby ukierunkowana na model, zbliżony do opisanego przez M.Webera - deklaruje się mianowicie, że służba państwowa powinna być neutralna pod względem politycznym i służyć celom nie polityków, a ogólnym.

To teoria. Praktyka natomiast, jak to bywa najczęściej, znacznie się różni od niej. O bieżącym codziennym życiu aparatu biurokratycznego opowiedział nam Rimantas Klepačius, człowiek, który przed kilkoma laty tworzył centrum doskonalenia urzędników państwowych i przez kilka lat był jego dyrektorem, a następnie pracował w firmie konsultacyjnej w USA jako konsultant ds. zarządzania zasobami ludzkimi, obecnie natomiast jest managerem departamentu personalnego "Vilniaus bankas".

"Pytam pewnego znajomego urzędnika: gdzie pracujesz" - mówi R. Klepačius. - Pracuję w ministerstwie "reorganizacji'", odpowiada ten. U nas ciągle coś się reorganizuje, doskonali, łączy i rozdziela. Z każdą zmianą rządu od razu zmienia się struktura, plany pracy itd. Człowiek nie jest pewny przyszłości, dlatego najważniejszym jego celem jest przetrwanie, przebrnięcie przez jeszcze jedną reorganizację. Wie on: gdy tylko zmieni się minister i wiceministrowie, poprzednie projekty pracowników aparatu będą uważnie przepatrywane i wybrakowywane. Gdyby ktoś zobaczył, ile w szufladach instytucji państwowych leży nie dokończonych projektów! Prawdziwe cmentarzysko - jest ich nie mniej niż nie dokończonych budów w okresie sowieckim. Nawet urzędnik, który chce pracować, nie może niczego doprowadzić do końca, jest bowiem realnie uzależniony od wahań politycznych. Dlaczego urzędnik powiada zabłąkanemu człowiekowi: "proszę przyjść jutro", zamiast załatwić sprawę teraz" A dlatego, że się boi, dlatego, że wszystkie decyzje przechwycił polityczny - poziom A".

Zwyczajnemu urzędniczkowi w ogóle jest lepiej nie podejmować żadnej decyzji, aby, nie daj Boże, nie oskarżono go o "nie tę lojalność".

Wiersz poety Vytautasa Mačernisa "przetrwać w pękających formach" dobrze pasuje do wyrażenia samopoczucia przeciętnego urzędnika litewskiego. Formalnie wie on, że jest niezależny od zmian w górnych kręgach władzy, ale też widzi inną szarą prawdę życia, mianowicie to, że każde wybory do Sejmu i samorządów, każdy kryzys rządowy czy zmiana naczelnika powiatu mogą fatalnie wpłynąć na jego karierę.

Wszyscy widzieli, jak po każdej zmianie władzy w latach niepodległości następowała totalna "czystka"aparatu państwowego i usadawianie swych zwolenników na fotelach państwowych. Szczególnie pod tym względem byli radykalni przedstawiciele prawicy, którzy w okresie Rady Najwyższej rozpędzili starą biurokrację sowiecką, a po roku1996 znacznie przerzedzili szeregi tych, którzy pracowali za rządów LDPP. Gdy G. Vagnorius był premierem, od urzędników otwarcie, chociaż nieoficjalnie, żądano lojalności wobec partii rządzącej. Wszyscy wiedzieli: jeśli nie będziesz służył konserwatystom, wylecisz ze swej posady. Zawsze można znaleźć przyczynę do zwolnienia. A na pracowników aparatu zarządzania, zajmujących wyższe stanowiska lub ubiegających się o nie, częstokroć bez osłonek naciskano, aby wstąpili do partii. Związek Ojczyzny dał dużo dobrego biurokratycznemu aparatowi, jednakże również sam potrafił go zaprzęgnąć do osiągania swych celów politycznych. W prasie obszernie opisywano, jak konserwatyści korzystali z usług pracowników aparatu samorządów terytorialnych podczas wyborów do Sejmu w 1996 roku. Do tej działalności został nawet wciągnięty mer Onikszt S. Nefas.

J. Novagrockiene uogólnia: "Litwa chciałaby kształtować idealną biurokrację, jednakże tworzy biurokrację, której chociażby górne kręgi są uzależnione od zmian sił politycznych. Najpowolniej następują zmiany w samorządach, gdzie, chyba, najbardziej dostrzega się stosowanie zasady lojalności politycznej. Tam jest najmocniej rozkrzewiony biurokratyzm, urzędnicy są najbardziej przesiąknięci starym duchem sowieckim. W ogóle, biurokracja litewska nie jest jeszcze ukształtowana ostatecznie i nikt nie wie, jaka ona w końcu będzie".

Co robić?

Nie należy absolutnie obniżać wartości urzędników i sądzić, że nie uświadamiają oni sobie, co dzieje się wokół. R. Gudauskas jako wiceminister przekonał się: "Jeśli ludzie zostali już urzędnikami, to mają oni pewne przesłanki, aby uczestniczyć w procesach myślenia". Jego zdaniem, myślącym i pragnącym dobrze pracować może być w przybliżeniu co drugi urzędnik. Dlatego na urzędników należy patrzeć indywidualnie, "każdy problem bowiem ma własne nazwisko".

Pracownicy aparatu zarządzania, zaangażowani według możliwości do "procesu myślenia", bez trudu dochodzą do przekonania, że maleńkie Państwo Litewskie jest rządzone źle, chociaż nie mają możliwości wypowiedzenia swego stanowiska przy pomocy takich histerycznych środków, jak politycy uliczni, opozycja sejmowa lub odpychane od władzy ugrupowania w łonie samej partii rządzącej. Politycy najwyższego szczebla, tacy, jak eks-premier Rolandas Paksas, byli ministrowie Jonas Lionginas i Eugenijus Maldeikis mają okazję, aby w trudnej chwili umknąć z łodzi państwowej, miotanej przez burzę i znaleźć bezpieczne miejsce w biznesie lub gdzie indziej. Szeregowy urzędnik nie ma dokąd pójść - w kraju oficjalny poziom bezrobocia wynosi 8 proc.

Dlatego nawet w tym skomplikowanym okresie ludzie nie uciekają z instytucji państwowych, chociaż ich względny dobrobyt zaczyna blednąć - obcięto uposażenia w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, Inspekcji Podatkowej, urzędzie celnym i niektórych innych instytucjach, wszędzie zniesiono premiowanie pracowników z zaoszczędzonych środków funduszu płac. Bardzo są zagrożone wszelkie dodatki, których wysokość nierzadko dorównuje podstawowemu uposażeniu. Jak powiedział J. Razma, kwestie uposażeń urzędników mają być uregulowane w ciągu najbliższych miesięcy. Jeśli, naturalnie, uda się zrealizować nową ustawę, dwie bowiem wcześniejsze, przyjęte w ciągu ostatnich 2-3 lat, leżą gdzieś w szufladach.

Kanclerz Sejmu powiedział nam: "'Nie odrzucam możliwości, że aparat biurokratyczny w tym miejscu pokonał polityków, proponując wciąż nowe doskonalenia, sprawa zaś w istocie pozostała nie rozwiązana". Wraz z pogarszaniem się sytuacji gospodarczej państwa kwestia musi być rozstrzygnięta - odkładanie staje się niemożliwe. Rozlegają się już głosy, że w przypadku zaistnienia niewypłacalności państwa, przede wszystkim należałoby złożyć w ofierze uposażenia urzędników.

Wiceminister komunikacji Ričardas Malkevičius wykłada też administrowanie publiczne studentom Kowieńskiego Uniwersytetu Technologicznego, więc na kłopoty służby państwowej może spojrzeć nie tylko jako urzędnik. "Dzisiejsze nastroje w aparacie zarządzania, naturalnie, nie są wesołe- dzieli się on z "Veidasem"' swymi . uwagami.- Przyczyna jest jedna, mianowicie ciągły niepokój w związku z ewentualną redukcją etatów lub obniżeniem wynagrodzeń, przyszłą reorganizacją. Trudno człowieka przekonać, że zmniejszenie poborów wyjdzie mu na dobre. Jest niespokojnie. Jednakże urzędnik nie powinien być spokojny. Zawsze powiadałem, że sami musicie się reorganizować, jeśli czujecie, że to jest potrzebne. W przeciwnym razie zostaniecie zreorganizowani "'odgórnie". Przyjdą i powiedzą: wyrzucamy precz. I będą mieli rację. Obywatele płacą podatki i chcą za to coś otrzymać".

Chociaż trudno być efektywnym w państwie, które nie jest efektywne, jednak myślący biurokraci marzą o tym, aby zostać efektywnymi i w ten sposób udowodnić społeczeństwu, że są potrzebni. Recepta jest bardzo prosta: nauczyć się służyć nie sobie, a ludziom. Jak mówi R. Klepačius, obywatel litewski zdoła zrozumieć urzędnika tylko w tym przypadku, jeśli jego praca będzie wyraźnie widoczna, jawna. Na przykład, holenderscy biurokraci rozsyłają każdemu obywatelowi do domu różne ulotki, broszurki, zawierające szczegółowe wyjaśnienie, co trzeba robić w przypadku zetknięcia się z tym lub innym problemem - do kogo się zwracać, gdzie załatwić jakąś sprawę, jakie otrzymać zaświadczenie albo podpis. Na obrazkach przedstawia się wszystkie sposoby rozwiązania problemu. Więc człowiek, na własne oczy widząc ?mechanikę? działania służby państwowej, z biegiem czasu zaczyna pojmować, że urzędnicy są jednak potrzebni.

?Największym problemem biurokratyzmu są nie wyznaczone granice pełnomocnictw urzędników - na swój sposób U. Trumpa przedstawia sedno sprawy. - Skoro zaś człowiek posiada nieograniczone pełnomocnictwa, to może ich nadużywać w sposób nieograniczony. I tu nie może dopomóc ani umacnianie dyscypliny urzędnika, ani podnoszenie jego uposażenia, ani jakiekolwiek ''telefony zaufania'' do zawiadamiania o faktach korupcji. Realne wyjście jest jedno, mianowicie, oddalić urzędników od decyzji, które mogą dać korzyści materialne. Nie trzeba odgraniczać pieniędzy od władzy, należy władzę odgraniczyć od pieniędzy. Częstokroć mówi się, że jeśli urzędnicy otrzymają wyższe uposażenia, to będą podejmowali takie decyzje (np., wydając licencje), które są korzystne nie samemu urzędnikowi, ale społeczeństwu. Jednakże praktyka dowodzi, że tak nie bywa. Najlepiej byłoby, aby w ogóle zabronić podejmowania takich decyzji".

Jednakże współrozmówca przyznaje, że tak uczynić byłoby bardzo trudno, nasi urzędnicy bowiem, i nie tylko oni, nie ufają jeszcze rynkowi. Zwykli ludzie dotychczas w istocie nie wiedzą, czym to jest, są bowiem przyzwyczajeni do życia w warunkach gospodarki nakazowej. Nie tak, jak w innych krajach, których mieszkańcy od dawna wierzą rynkowi, wiedzą bowiem dobrze, jakie ma zabezpieczenia. Dlatego tam nie powstaje już chęć kontrolowania jakości, jak to dzieje się u nas, dopilnowania, aby wszystko odpowiadało ścisłym normom, w ogóle, całą gospodarkę regulować od ''a'' do ''z''. U nas natomiast, dotychczas egzystuje święte przekonanie, że władza wie lepiej, jak powinno być w ekonomice, niż sami jej uczestnicy. To naiwne przekonanie właśnie ukrywa prawdziwe korzenie żywotności biurokratów litewskich.

(''Veidas'' z 4 listopada 1999 r.)

NG 47 (432)