Make your own free website on Tripod.com
Zofia Zdanowicz

Wilno, nigdy nie gojąca się rana...

Jak informowaliśmy Czytelników w sierpniu w Wilnie gościła pani Zofia Zdanowicz, rodowita wilnianka, poetka, której wiersze zamieszczamy nierzadko w okienku lirycznym. Dziś publikujemy jej wrażenia z tego pobytu.

Wróciłam już do Polski, siedzę przy swoim stole, gdzie zawsze pracuję, sercem jestem ciągle w Wilnie. Wędruję myślami po starych uliczkach, błądzę, nie jeden raz wracam niechcący w to samo miejsce, z którego wyszłam, czyli kręcę się w kółko. Wszystko zdaje się jest tam tak dobrze znane, a jednocześnie już nie znane.

Wilno! Serce bije jak do matki rodzonej, a jednocześnie jest mi smutno i boleśnie. Wszystko jest niby takie same, a czuję się jak w mieszkaniu, z którego wyniesiono umarłego.

W Wilnie spotkał nas deszcz i bardzo miły pan, który odwiózł do mieszkania, gdzie miałyśmy przebywać przez te cztery dni, które projektowałyśmy tutaj spędzić. Deszcz jednak wkrótce ustał i przez cały czas naszego "pielgrzymowania" miałyśmy idealną pogodę. Ani za gorąco, ani za zimno, a przeważnie słonecznie i jasno.

Starówka! Ślicznie odnowiona. Podwórka pełne zieleni, kwiatów i najczęściej stolików kawiarnianych. Co krok spotykamy napis "Kavine". Już wiemy, że to kawiarnia. Długo zastanawiałyśmy się, co znaczy "Viešbutis"? Teraz będę pamiętała, że to hotel. Wszystkie prawie lokale mają ładny wystrój i ceny, jak na zachodnią walutę nie są drogie. Zaznaczam,że jak na zachodnią walutę, ale nie dla przeciętnego Polaka. Potrawy podawane dość elegancko, barwnie i są smaczne. Tylko ... Jest tylko jedno... Nie zrozumieją, czy nie chcą zrozumieć, gdy mówisz po polsku. Na podanych kartach menu są napisy po litewsku, czasami (bardzo rzadko) po rosyjsku, po niemiecku, po angielsku, tylko nie po polsku. A przecież najwięcej przyjeżdża tu Polaków. Może jeszcze trochę Niemców. Przez cztery dni ciągłego kręcenia się po Wilnie i pilnie przypatrując się i przysłuchując mijanym i spotykanym ludziom zauważyłyśmy jedynie dwie Japonki i kilku Niemców. A wszędzie tylko język litewski, czasami rosyjski i bardzo rzadko polski.

Zastanawiam się, dlaczego Litwini liczą na turystów z zachodniej Europy? Co Anglicy, albo Francuzi mają tu do oglądania po cudnych zabytkach architektury i kultury zachodniej i południowej Europy, Azji i Ameryki? Co mała Litwa ma do pokazania? Zrekonstruowany od podstaw zamek Witolda w Trokach, zamek Giedymina na Zamkówce i naprawdę urocze, przeważnie barokowe kościoły, które jednak po pierwszym zniszczeniu za caratu, kiedy to zamieniano je na cerkwie, a następnie prawie zniwelowane za przez pięćdziesiąt lat panującego reżimu tu bolszewickiego z trudem dźwigają się od nowa. Niektóre obiekty niestety są już nie do odtworzenia.

Gdy się spogląda z wieży telewizyjnej /z której Litwini są bardzo dumni/, zachwyca kręty bieg rzeki Wilii, ale cały horyzont, jak okiem sięgnąć zasnuty jest szpetnymi, nowoczesnymi blokami mieszkalnymi, rozsianymi między kiedyś prześlicznymi, lesistymi okolicami Wilna. A nowoczesne dzielnice nikogo nie przyciągają, bo wszędzie są do siebie mniej lub więcej podobne.

Zastanawiam się, dlaczego tak maleńkie państwo wysila się na tak olbrzymie skupisko ludzi, na tak wielką stolicę? Urbs - civitas? Jak starożytna Roma? Ale stary Rzym otaczały olbrzymie prowincje oprócz właściwej Italii. A jakie zaplecze ma stolica Wilno? A i jeszcze jak słyszałam chcą dołączyć dalsze wioski w obręb miasta. Po co? Bo jak przejeżdżałam przez Litwę w tamtą stronę, było już jasno i mogłam przyjrzeć się litewskiej wsi. Domów i osiedli było bardzo mało. Dużo też widziałam pustych ugorów. Czasami jakaś chuda pojedyncza krowina albo koń pasący się na pastwisku. Półwieczne wywłaszczenie rolnika z jego ziemi, zamiana na kołchozy wyraźnie odbija się na terenie obecnej wsi litewskiej.

A pamiętam,że kiedy w 1939 roku Litwini weszli do Wilna, gospodarka i przetwórstwo rolne na Litwie stały bardzo wysoko. I właściwie na czym obecna Litwa może oprzeć swój byt? Jedynie na roli i lasach, bo bogactw naturalnych nie ma. Jeszcze ten skrawek morza i to wszystko.

W dodatku przypuszczam,że tak, jak i w Polsce, ten półwieczny okres upaństwowienia wszystkiego oduczył ludzi pracować, a nauczył ?obijać się?. Na pewno i tu, tak jak i u nas, ludzie zapomnieli dbać o dobro ogólne. Każdy chwyta to, co może dla siebie, bo skoro "wszystko jest wszystkich" to znaczy "niczyje", a jednocześnie moje.

Ale odbiegłam refleksjami od tematu, na który chciałam napisać.

Wilno! Śródmieście starannie i prawie całkowicie wycackane. W katedrze kaplice z prawej strony po całkowitym zniszczeniu i tak rażąco pomalowane współczesnym malarstwem powoli zapełniają się obrazami i innymi reliktami. Wiem, że dawnego uroku nigdy już nie odzyskają, ale dobre jest i to. Szkoda, że cudowny obraz Pana Jezusa Dobrej Nadziei umieszczono na jednym z filarów po lewej stronie nad dawnymi stallami. Był on poprzednio w kaplicy Najświętszej Maryi Panny Niepokalanego Poczęcia i ściągał tam liczne rzesze wiernych, które zanosiły tu prośby i modły ołaski. Tu wisząc na filarze mało zwraca uwagę i zatraca się jego wartość.

Do kościoła świętej Anny trafiłyśmy pod koniec nabożeństwa wieczornego. W ławkach siedziało kilka starych babinek, a przy ołtarzu ksiądz staruszek odprawiał Mszę świętą. Usługiwał mu zakrystian. Z chóru płynął wprost niezrównanie piękny głos organów. "Ave Marija" Gounoda zdawała się śpiewać chórem aniołów w niebie, a po jej skończeniu posypały się cudowne, delikatne dźwięki, niby kaskada opadających płatków róż, może rozsypujących się pereł... a może łez... W muzykę tę można się było wsłuchiwać bez końca. Zza kolorowych witraży sączyło się słabeświatło resztek dnia. Ale Msza szybko się skończyła i w jednej chwili kościół pogrążył się w całkowitych ciemnościach /prawdopodobnie z oszczędności/. Prawie po omacku wychodziłyśmy z kościoła, ale muzyka na chórze brzmiała ciągle delikatna, subtelna i cudowna.

Znalazłyśmy się na placyku, który łączy trzy świątynie oraz na którym stoi pomnik naszego największego wieszcza i o którym krąży w Polsce pewna anegdota, że Mickiewicz stoi na kolumnie skłoniony ku Zachodowi, a ku Wschodowi wypinając... Tu, naprzeciw samego kościoła św. Anny w parterowym dworku mieszkał za kawalerskich swoich czasów mój mąż ze swoją rodziną i w którym poślubie bywałam częstym gościem.

Do świątyni akademickiej świętego Jana nie dostałyśmy się, ani na dziedziniec Uniwersytetu, jak również do Alumnatu Papieskiego, bo tam coś remontują, za to zrobiłyśmyśliczne zdjęcie jednego z dziedzińców przy ulicy Uniwersyteckiej. /I tu również stoliki, na pewno też "Kavine"/ Nie zobaczyłyśmy także wnętrza podobno teraz odnowionego prześlicznego kościółka - miniaturki ojców Bonifratrów z cudownym obrazem Matki Boskiej Uzdrowienia Chorych.

Bolesny i przerażający jest widok zniszczonego kościoła ojców Franciszkanów, czyli Najświętszej Maryi Panny na Piaskach. Była to obok kościoła świętego Mikołaja jedna z pierwszych zbudowanych świątyń katolickich na Litwie. Szczęściem, że przepiękna figura Matki Boskiej ocalała. Pamiętam ją z dzieciństwa, bo byłam tu z ojcem jeszcze małym dzieckiem w latach chyba trzydziestych na rekonsekracji. Spotyka nas młody ksiądz Polak. Okazuje się, że pochodzi z okolic Gdańska, bo z Pucka. Powiada nam,że na całą Litwę jest tylko pięciu ojców franciszkanów. W kościele tym przypadkowo odczuwam wielką radość z posłyszanego przez jakieś dziesięć kobiet głośnego odmawiania różańca w kaplicy przed cudowną figurą. Kobieciny te mówią kolejno zdrowaśki jedną po polsku, drugą po litewsku, a trzecią po rosyjsku.

- Tak powinno być! Bóg jest jeden, tylko człowiek chce Go koniecznie podzielić!

Kościółświętego Mikołaja, obok franciszkańskiego jeden z najstarszych kościołów w Wilnie oraz jedyny w okresie międzywojennym kościół litewski córka określa jako "za bardzo cukierkowo wycackany".

Po zwiedzeniu go chcąc skierować się ku kościołowi świętego Ducha, teraz jedynego polskiego kościoła w Wilnie, zupełnie niespodziewanie znalazłyśmy się chyba po raz setny na ulicy... Zawalnej. Z tej racji zostałam wyśmiana, że "jako przewodniczka doskonale znająca starówkę wychodzę, zupełnie nie tam, dokąd zamierzam". Zresztą przy tej ulicy na szczęście stoi jeszcze nadal kościół kalwinów, zdarte są tylko napisy, które figurowały na frontonie "Pokój wam" oraz '"Dajcie cześć Panu". Stoi również nowsza synagoga. Co zostało ze starej, prześlicznej synagogi przy ulicy Żydowskiej już nie zdążyłam zobaczyć?

W cerkwi świętej Trójcy trafiłyśmy na nabożeństwo wieczorne. I tu tylko kilka starych bab i jeden mężczyzna modlili się gorliwie wybijając pokłony i co chwilę się żegnając. Tu również urzeka nas cudowny, chwytający za serce, niezastąpiony swoją melodyjnościąśpiew cerkiewny.

W ogóle we wszystkich świątyniach, które odwiedziłyśmy, spotykamy bardzo mało wiernych. Półwieczny okres ateizmu wycisnął trwałe i bolesne piętno na duszach tutejszych mieszkańców i nie takłatwo powrócić im do dawnych przekonań.

W przeciwieństwie na wieczornej Mszy świętej w polskim kościele u Dominikanów, czyli świętego Ducha, który odwiedzamy, cały tłum ludzi. Ksiądz modli się po polsku, wierni za nim powtarzają. Tu czujemy się jak w domu. Jak tu swojsko i przyjemnie. Tylko wydaje mi się, że za dużo jest tu złoceń na rzeźbach i ołtarzach. Trochę za mocno to się wszystko świeci. Klękamy przed oryginałem obrazu Bożego Miłosierdzia. Pod nim w ramkach słodka twarz błogosławionej siostry Faustyny. W krużgankowym korytarzu stare freski. Tęświętą Rozalię całą w kwiatach pamiętam jeszcze z dzieciństwa.

Na Rossie składamy kwiaty i zapalamy znicze na marmurowej płycie kryjącej Serce Marszałka i prochy Jego Matki. Odwiedzamy grób Syrokomli, no i jakichś tam pobocznych wujków czy dziadków mojego męża. Jak zawsze już od lat spotykamy przed cmentarzem staruszka - Polaka, czekającego na wycieczki z Polski i sprzedającego polskie pisma. To jego jedyneźródło utrzymania.

Naprzeciw cmentarza jest już wykończony nieduży, nowy kościół. Mówią nam, że przeważnie odwiedzają go Niemcy. Nie wiem, ale możliwe,że jest to kościół protestancki.

Pobliski, prześliczny, o rococowych wieżyczkach kościół Misjonarzy jest zamknięty, a kościół i klasztor sióstr Wizytek jest zamieniony w więzienie.

Nazajutrz jedziemy autobusem do Trok. Mijamy tragiczne Ponary, gdzie pogrzebano setki tysięcy niewinnych ludzi, w tym tylu moich znajomych, mojego byłego komendanta Wacława Frydliga i kilka koleżanek z AK. Gdybym tylko od siebie była zależną, zatrzymałabym się tutaj przez dłuższy czas, ale w obecnej sytuacji tylko modlę się głęboko za tych nieszczęśników. Na szczęście już teraz nie cierpią.

Nie wiem, kiedy mijamy Wakę i Landwarów /czy w ogóle teraz trasa przebiega przez te miejscowości?/ i jesteśmy na miejscu. Stare, drewniane domki w ogródkach mieszają się z nowo wzniesionymi budynkami. Na górze świeci w stylu dość surowego baroku biały kościół, którego budowę zapoczątkował jeszcze Witold. Jest zamknięty, więc nie mamy możliwości zobaczyć cudownego obrazu, podarowanego rzekomo Wielkiemu Kniaziowi przez cesarza bizantyjskiego Emmanuela II Paleologa. Do kościoła prowadzi wyboista, zniszczona droga. Na dziedzińcu cmentarnym jest schludnie i stoi kilka ładnie wyrzeźbionych w drzewieświątków ludowych. Niżej niezbyt daleko przy ulicy jest też i cerkiew.

Pytamy przechodniów o drogę do zamku, bo mamy bardzo zmęczone nogi i musimy liczyć się z każdym krokiem. Nie widzimy żadnej strzałki, ani wskazówki. Przypadkiem napotykamy Polkę, za którą powoli sunie się jej mąż. Choć wiem, że nie wszyscy Polacy są ideałami, mnie się zdaje,że gdy ktoś tutaj mówi po polsku, jest mi bratem.

Kobiecina jest chuda jak szkielet, bardzo ubogo ubrana /przypadkowo znalazła się na zdjęciu/. Na zapytanie, jak na Litwie żyją Polacy, prawie płacze. Miała z mężem domek z ogródkiem, kilka kurek. Własna marchewka, pietruszka, ogórki i kartofle wystarczały prawie aż do wiosny. Myślała, że spokojnie przeżyje w nim do starości, ale wyrzucili ich, bo plac był potrzebny pod budowę osiedla. Dali co prawda w tym osiedlu im mieszkanie, ale czynsz bardzo wysoki. Nawet całej emerytury nie wystarcza na opłacenie go. Co ma z mężem robić? Gdzie mają się podziać na starość? Stojący za nią mąż tylkożałośnie kiwa głową.

Milcząc zastanawiam się nad warunkamiżycia tych ludzi, bo i nasza miła gospodyni, u której zatrzymałyśmy się w Wilnie jest również w tej samej sytuacji.

Powoli posuwamy się ulicą w kierunku zamku, który ma być rzekomo w odległości "niecałego kilometra". A my idziemy i idziemy na obolałych nogach. Na próżno rozglądamy się za jakąś taksówką. Okazuje się, że w Trokach nie ma wcale taksówek. Kto bogatszy, przyjeżdża własnym samochodem, a biedniejsi muszą jechać per pedes. /Później okazało się, że z przystanku autobusowego do zamku jest dobre trzy kilometry ?z hakiem?/. Wychodzimy na ulicę Karaimską. Po obu stronach stoją schludne drewniane domki całe w kwiatach. Każdy stoi szczytem do ulicy i w każdym świecą się obowiązkowo trzy okna. Mijamy starą, bo z siedemnastego wieku kinessę, bardzo malowniczą i oryginalną w swoich liniach. Jadąc tu miałam zamiar porozmawiać z duchownym przewodnikiem Karaimów, panem Józefem Firkowiczem. Wiem,że dobrze mówi po polsku, bo chodził przed wojną do polskiego gimnazjum w Wilnie. Problem Karaimów już drugi raz poruszam w swoich książkach. Jednak mój zamiar spalił się na panewce. Nie mam ani warunków, ani czasu na zatrzymanie się. Zresztą nie miałam możliwości zapowiedzieć tej wizyty i nie mogę spaść niespodziewanie człowiekowi jak meteor na głowę, który też ma swoje sprawy i problemy.

Wreszcie docieramy do zamku. Z przyjemnością i uznaniem stwierdzamy,że kasjerka sprzedająca bilety wstępu, chociaż z trudem, ale chętnie mówi po polsku. Jest bardzo uprzejma i uczynna, gdy prosimy ją o grzeczność, wcale nie związaną z jej pracą.

Przypominam sobie mój niefortunny pobyt tutaj w 1940 roku, kiedy to pierwszy raz zobaczyłam Troki. Wówczas sterczały tu tylko same ruiny. Dzisiaj zamek jest duży i choć wiem, że jest w większości zrekonstruowany, sprawia imponujące wrażenie. Przez dawną fossę i zwodzony most zwiedzamy wpierw zamek górny, a po tym dolny. Nie ma mowy, aby na naszych chorych nogach wdrapywać się na wieże i wieżyczki, więc wędrujemy tylko po łatwiej dostępnych komnatach. Eksponatów jest tu stosunkowo mało. Trochę wykopalisk z epoki kamiennej, dość ciekawe zbiory numizmatyczne, dużo etnografii, piękne okazy porcelany miśnieńskiej i szkła weneckiego oraz rżniętego, ale prawie zupełny brak tego, co koniecznie powinno znajdować się wśredniowiecznym zamku, t. j. ówczesnej zbroi, broni, czapraków itp. Widzimy jedynie jedną zbroję, jeden potężny miecz /o ile pamiętam, bez głowicy/, i bardzo mało halabard, berdyszów czy kusz. Natomiast widzimy sale wypełnione bronią myśliwską oraz trofeami zwierzęcymi. Było też kilka sal - komnat zastawionych meblami z kilku okresów, ale nie było na czym oka zatrzymać. Nawet porządnego kompletu secesyjnego nie dobrano.

Jednak szczytem wszystkiego była na zamku toaleta. Chodząc prawie przez pół dnia każdy człowiek musiał w końcu skorzystać z tej instytucji. Za wstęp płaciło się 50 centów, ale gdy się weszło do środka, nie wiadomo było, ani jak stanąć, ani jak wydostać się z stamtąd. Higiena i wygląd były takie,że aż przerażenie i obrzydzenie ogarniały człowieka. Czy naprawdę zarząd zamku - muzeum, którym Litwini tak się szczycą i proponują cudzoziemcom jego zwiedzanie, nie może zdobyć się na higieniczny, zbudowany na skalę europejską szalet?

Po zwiedzeniu zamku musiałyśmy pójść na obiad, bo byłyśmy "głodne jak wilki". Bardzo mi zależało odwiedzić restaurację karaimską ze względu na ich specyficzne, orientalne potrawy. Niestety! W restauracji tej mieszczącej się w małym karaimskim domku stojącym malowniczo tuż nad jeziorem nie mogłyśmy ani jednym słowem dogadać się z kelnerem, a ceny były bardzo wygórowane, więc przeszłyśmy na drugą stronę ulicy do restauracji "Neris". Lokal bardzo elegancki, szefowa nadzwyczaj miła, mówiąca po polsku i prześliczna kelnereczka - a ceny niższe. Zamówiłyśmy typowo litewski chłodnik z "boćwiny" z kartofelkami oraz niezrównane, przepyszne, karaimskie pierogi zwane jakoś"kiniais'" czy coś w tym rodzaju, no i naturalnie lody. Panie te były na tyle uprzejme, że gdy mówiłyśmy o strasznym naszym zmęczeniu i chorych nogach, kelnereczka na polecenie szefowej odwiozła nas prywatnym samochodem na przystanek autobusowy. Tu czekała nas nowa niespodzianka. Wśród pasażerów oczekujących przyjazdu autobusu spotkałyśmy dwie panie - Polki. Jedna z Warszawy, trochę powściągliwa, z drugą natomiast nawiązałam rozmowę. Okazało się, że jest Polką, przyjechała ze Stanów Zjednoczonych razem z ojcem, który pragnął jeszcze zobaczyć swoje rodzinne strony. Pochodził z Homla, leżącego obecnie w Ukrainie. Zwiedzili Lwów oraz Homel, w którym ojciec płakał jak bóbr, a teraz przyjechali zwiedzać Litwę. Mówiła o strasznej tęsknocie ojca do rodzinnych stron, a gdy ja jej zaczęłam opowiadać również o swojej potwornej tęsknocie za rodzinną ziemią, którą zmuszono nas, abyśmy ją opuścili i użyłam wyrażenia, że czuję się w Wilnie tak jak w pokoju, z którego wyniesiono umarłego, ona powiedziała, że nigdy tak dosadnie nie zrozumiała ojca. Że to zdanie będzie pamiętała przez całeżycie. Prosiła mnie o moje książki, które naturalnie z przyjemnością obiecałam jej przesłać.

Jednak największa i najprzyjemniejsza niespodzianka czekała nas, a zwłaszcza mnie dopiero w Wilnie po powrocie z Trok. "Wysiadszy" z autobusu skierowałam się w kierunku Ostrej Bramy. /Zdaje się, że nic łatwiejszego. Iść od dworca w prawo i po wszystkim! Jednak i znów trochę pobłądziłam i nadałyśmy drogi.) W końcu dotarłyśmy do Ostrej Bramy i aż mnie zatkało. Od ulicy Ostrobramskiej /na razie nic nie widziałam/ do naszych uszu doszły potężne dźwięki dętej orkiestry grającej polskie pieśni religijne i przez wylot bramy ujrzałyśmy chyba kilka tysięcy ludzi klęczących na ulicy przed otwartą kaplicą. Na samym przodzie klęczał może piętnastoletni chłopak z krzyżem, drugi obok z biało - czerwoną flagą, a tuż za nimi dwie nastolatki trzymały tablicę z wizerunkiem Matki Boskiej Ostrobramskiej i napisem, że jest to pielgrzymka z Białegostoku. Orkiestra bardzo ładnie grająca była w jednakowych mundurkach, białych bluzach czy koszulach z granatowymi kołnierzykami oraz w granatowych spodniach albo spódniczkach. Składała się ona jak i cały ten tłum w większości z młodzieży, często z zupełnie małych, może dziesięcioletnich dzieci. /Nie starsi też byli niektórzy członkowie orkiestry/. Pomiędzy tym tłumem chodzili dwaj starzy księża udzielając pielgrzymom Najświętszy Sakrament, z czego i my skorzystałyśmy. Na górze w jarzącej się światłami kaplicy ksiądz kończył nabożeństwo po polsku, a z dwóch bocznych okien powiewały dwie wywieszone flagi, jedna biało - czerwona, druga zielono -żółto - czerwona.

- Boże! Spraw, aby i znów tak zawsze było!

Patrzałam na te dzieci pomęczone, zakurzone, prawie padające ze znużenia, opierające się o plecaki, ale o twarzach dziwnie pogodnych i jakby natchnionych i nie mogłam powstrzymać się od płaczu. Boże! Biało - czerwona chorągiew przed Ostrą Bramą i polskie pieśni! Polska młodzież! Widząc to powiedziałam sobie, że jeszcze Polska nie zginęła, póki taka młodzieżżyje!

Inni pielgrzymi już starsi klęcząc siedzieli wznosząc załzawione oczy na cudowny obraz. Jaka wiara trzymała tych ludzi i ich dusze przez tyle lat ateizmu i przemocy,że wytrwali i utrzymali się przy swoich przekonaniach!

Nie mogłam jednak nie zwrócić uwagi na pewne dziwolągi. Wśród tych ludzi gorliwie modlących się kręciła się na przedzie jakaś wyfiokowana dama cała w czerni. Długa suknia przypominała zupełnie księżą sutannę, ale na twarzy nie brakło makijażu, a pantofle na bardzo wysokich obcasach czyniły ją jeszcze wyższą. Pewnie jakaś ?święta baba? pomyślałam z niechęcią, bo po ojcu odziedziczyłam wstręt do bigoterii i fałszu. Ale gdy znów zwróciłam wzrok na ten krzyż, na te pomęczone dzieci i ludzi starszych, na tę polską chorągiew, stanęło mi z oczach przedwojenne Wilno i nasza młodzież maszerująca ulicami z biało - czerwonym sztandarem. Przypomniały mi się tysięczne tłumy ludzi pielgrzymujące do Kalwarii, które obserwowałam stojąc w bramie i pomyślałam:

- Boże! Dlaczego tak się wszystko obróciło w innym kierunku?

Jednak nie wszyscy ludzie byli tu zjednoczeni we wspólnej modlitwie, bo między tym klęczącym, rozmodlonym tłumem przeciskali się dość często przechodnie głośno rozmawiając i z ironicznym uśmieszkiem na ustach.

Nie mogę również pominąć incydentu, który mnie bardzo wzruszył i utkwił w pamięci. Nabożeństwo na górze w kaplicy Ostrobramskiej dobiegło końca, a my już skierowałyśmy się do ulicy Wielkiej /Didżioji/, gdy zastąpiła nam drogę starsza pani skromnie, ale porządnie ubrana, najwyraźniej inteligentka, z pliką gazet w ręku i słysząc nas mówiące po polsku, zaproponowała nam kupno ... "Naszej Gazety". Ta propozycja - to była najwyraźniej prośba, gdy nieśmiałym głosem mówiła:

- Niech panie kupią! Bardzo proszę! Tylko jeden lit!

Naturalnie, że kupiłyśmy, ale jakże ścisnęło mi się serce. W jakich warunkach musi żyć ta polska kobieta, jeżeli ostateczność zmusza ją do stania na ulicy i błagalnego kolportażu gazety. Najchętniej wspomogłybyśmy ją choć trochę bez tego kupna, bo gazety polskie prenumeruję z Litwy stale, ale się bałam, że obrazi. Ona nie żebrała, ona pracowała. W moim pokoleniu uczono nas, że od nikogo nic się nie przyjmuje za darmo i tą zasadą zawsze żyłam. I nie ja jedna tak myślałam. Były nas tysiące, którzy nie tylko majątek, ale iżycie z radością oddawali dla idei.

Ostatniego dnia pojechałyśmy do Kalwarii i wędrowałyśmy po Śnipiszkach. Mój dom rodzinny stoi jeszcze, ale mimo podpierania w niektórych miejscach zupełnie chyli się ku ruinie. Bzu, zasadzonego ręką matki już nie znalazłam. Ścięto go. Zresztą był bardzo stary. Jak na krzew miał już przeszło siedemdziesiąt lat. Po domu przy Lwowskiej, gdzie zamieszkałam pod zmienionym małżeńskim nazwiskiem, a którego tajemnica uratowała życie ośmiu akowcom, pozostał tylko ślad na ścianie sąsiedniej kamienicy Żyda Rabinowicza oraz kilka sędziwych topoli. Gdy tam mieszkałam, były to wówczas młode drzewka.

Ślad ten na ścianie sfotografowałam i warto go utrwalić w pamięci, bo spełnił on ważną rolę wżyciu pewnych ludzi.

W kościele świętego Rafała, gdzie braliślub moi rodzice, byłam chrzczona ja i moje rodzeństwo, oraz moje dzieci, nie znalazłam już dawnej plebanii. Kościół na naszą prośbę otworzył młody ksiądz mówiący choć z trudem, ale po polsku i nie za bardzo przychylnie na nas patrzący. Nie było już również marmurowej chrzcielnicy, przy której byliśmy chrzczeni. Może przeniesiono ją do jakiegoś innego kościoła.

Cerkiew przy ulicy Kalwaryjskiej, przy której mieściła się moja szkoła podstawowa i gdzie przez parę lat uczęszczałam, przytłoczono olbrzymim gmachem hotelowym na rynku Kalwaryjskim, także jest prawie niedostrzegalna.

W ogóle ulica Kalwaryjska zmieniła się ogromnie. Była to zawsze bardzo ożywiona arteria przedmieścia, ale teraz sprawia wręcz odrażający widok. Ogromne bloki mieszają się z maleńkimi, walącymi się domkami, które nieudolnie, jaskrawo pomalowane i podpierane, aby nie runęły, przedstawiają obraz wręcz bardzo nieprzyjemny. W dodatku panuje tu ogromny ruch i zaduch na jezdni i na chodnikach. Znając tę ulicę dawniej, prawie każdy dom na pamięć, na próżno doszukuję się uroku dworków z ganeczkami w ogródkach pełnych kwiatów.

W samej Kalwarii przy kościele najbliższe kaplice nic się nie zmieniły, jakby czas tu stał na miejscu. Kościół był zamknięty, a z Litwinem, który kosił trawę na dziedzińcu nie mogłam się dogadać. Zyskałam tylko tyle,że pomodliłam się na grobie księdza Pawła Bekiesza.

Po południu krążyłyśmy nad Wilią i Wilenką. Na Trzykrzyską, a zwłaszcza na Zamkówkę spoglądałyśmy "żałośnie, jak kot, gdy zobaczy wróble na wysokiej sośnie", bo nie dla naszych zmęczonych, chorych nóg oraz mojego serca była ta wspinaczka.

Pałac Chodkiewiczowej odrestaurowano bardzoładnie /przed wojną była tam Szkolna Dziecięca Przychodnia Lekarska i patrząc przez te okna na ulicę kiedyś obserwowałam potop podczas oberwania się chmury/, ale eksponatów ciekawych nie spostrzegłam, jak również w pierwszym pawilonie Arsenału. Na zwiedzanie dalszych zabrakło nam czasu i sił, zresztą "Bitwę pod Grunwaldem' Matejki widziałyśmy niejednokrotnie.

Na Placu Katedralnym z daleka /ponieważ plac przerabiają/ ujrzałyśmy w dziwnej, nienaturalnej pozycji pomnik Giedymina. Wilniuki zaraz znaleźli na ten temat powiedzonko, że "Giedyminas od kogości tak w kark szturchnięty,że musić co zaraz i powali sia".

W kościele św.św. Piotra i Pawła próżno rozglądałam się po kruchcie szukając kotłów "pod Chocimem zdobytych'. Może je przewieziono do jakiegoś muzeum, a może po prostu przetopiono na złom, tak jak gobeliny królowej Jadwigi znalazły się na rynku przerobione na kapcie.

Chodząc i błądząc przez cztery dni po ulicach Wilna nie widziałam ani jednaj eleganckiej kwiaciarni. Kwiaty kupowałam na rynkach. Stało również kilka handlarek na rogu dawnej ulicy Żeligowskiego i Mickiewicza. Cena kwiatów jest dość wysoka. Widocznie nie ma tutaj tej, że tak wyraziłabym się "kwiatomanii", jaka panuje teraz w Polsce, kupowania kwiatów przy najmniejszej, często niepotrzebnej okazji i która nabija tylko kieszenie kwiaciarzom i ogrodnikom. Nie chcę powiedzieć, że ja nie lubię kwiatów. Owszem, bardzo je lubię, ale jak widzę czasami wracające panie nauczycielki z całymi naręczami /wiem na przykład z ust jednej z tych pań, że syn jest uczulony na pyłki kwiatowe i naprawdę nie wie, co z nimi ma zrobić i uważa to za zupełnie niepotrzebny wydatek/, albo jak otrzymują je panowie lekarze, którzy śmieją się z tych darów, to uważam,że te pieniądze warto wydać na jakiś bardziej konkretny cel, na przykład na ratowanie nieuleczalnie chorych dzieci.

Nie spotkałam również ani jednego publicznego szaletu. Czyżby z chodzących tu ludzi "ptaszki wynosiły"? Dotyczy to zwłaszcza turystów. Tak jak i w Trokach, tak i w Wilnie czyżby Zarząd Miasta nie pomyślał o tej sprawie, tak bardzo czasami koniecznej, mając pretensje do figurowania jako do jednej ze stolic zachodniej Europy.

Nie ma również takiej ilości psów jak w Polsce. Owszem, spostrzegłam spacerując nad Wilią kilka bardzoładnych, rasowych okazów, czasami też zobaczy się jakiegoś kundelka, ale w zasadzie nie ma ani połowy ilości tych zwierząt.

Mam wrażenie,że i moda na kwiaty, jak i na hodowanie rozmaitych zwierząt wiąże się z zamożnością kraju. Litwa dopiero wydobywa się z kryzysu gospodarczego i ludzie więcej myślą o konkretnych swoich potrzebach dnia codziennego, niż o zabawie ze zwierzętami.

Muszę też powiedzieć, że teraz mniej widziałamżebraków na ulicach miasta. Nie wiem, czym to tłumaczyć. Czy zwiększającym się dobrobytem, czy po prostu przegania ich policja?

Wilno dzisiejsze - to odbudowujące się i rozrastające miasto. Piękne, wysokie, eleganckie dziewczyny i roześmiani chłopcy. Przepełnione towarami /przeważnie zagranicznymi/ sklepy, wzmożony ruch na ulicach. To liczne, przytulne kawiarenki i cukierenki. To odnawiające się kościoły i wracające krzyże na cmentarzach. To zadbane, pełne kwiatów skwery i parki, to liczne muzea i starannie odbudowujące się zabytki kultury.

Wilno - to katedra z grobowcami królewskimi i zapomnianym grobem arcybiskupa Jana Cieplaka, to Zamkówka z basztą Giedymina, to Trzy Krzyże błogosławiące z góry miastu i przypominające o przeszłości i historii.

Wilno - to zawsze ta sama cudowna, zadumana, spoglądająca znad Swojej Bramy Matka Miłosierdzia, w pokornym złożeniu rąk i pochyleniu głowy przyjmująca wolę Boga Ojca.

Wilno - to nigdy nie zagojona rana tęsknoty w moim sercu, to najdroższe i najcudowniejsze miasto naświecie.

* * *

Wsiadając do autobusu powrotnego do Polski zaskoczyło wszystkich pasażerów wymuszanie przez kierowców opłaty po trzy lity od osoby /bez pokwitowania/, rzekomo na cele ekologiczne.

Ale gdy na granicy od strony litewskiej /po stronie polskiej nie zatrzymywaliśmy się/ niektórzy ludzie poszli do toalety /ja nie poszłam, bo spodziewałam się, jak tam będzie wyglądało/, wszyscy wrócili zanosząc się odśmiechu z ekologii na Litwie, przynosząc jeszcze aż do autobusu odór na swoich ubraniach.

* * *

Na zakończenie muszę bardzo serdecznie podziękować Redakcji "Naszej Gazety". Przyjęto mnie tam bardzo życzliwie i gościnnie. Szkoda,że nie mam możliwości odwdzięczyć się za gościnność.

A zresztą - kto wie? Góra z górą się nie spotka, ale człowiek z człowiekiem może zawsze.Świat jest mały!

NG 47 (432)