Make your own free website on Tripod.com
Kęstutis PETRAUSKIS

Działkowcy

Litwinów bez większych zastrzeżeń można by określić jako purytanów wiary katolickiej. Już dziecko wie, jak należy oszczędzać, pracować lub "kombinować", aby tylko dom był większy, a samochód nowszy od tego, jaki ma sąsiad.

Przewodniczący Sejmu Vytautas Landsbergis ma całkowitą rację,że majątek wcale nie jest grzechem. Wpajana od najmłodszych lat pracowitość, dążenie do pomyślności stanowią najlepszą gwarancję sukcesu.

Tylko jakoś brzmi nieprzyjemnie, gdy politycy zaczynają się chwalić, ile zarobili sprzedając działkę nabytą w sposób uprzywilejowany. Na przykład, w ubiegłym tygodniu podano do wiadomości, ile pieniędzy po sprzedaniu swych działek zgarnęli niektórzy sygnatariusze Aktu Niepodległości. Wiceprzewodnicząca Sejmu Rasa Rastauskienë zarobiła 60 tys., eks- minister Laima Andrikiene ponad 150 tys. Tyle "dodając" do pensji można chyba nieźle uporządkowaćżycie. Tylko jest kłopot - państwo liczy ponad 3,5 mln mieszkańców. Więc skąd znaleźć w stolicy tyle prestiżowych działek" Może tylko pozbawionym pracy robotnikom cukrowni w Pavenčiai odmierzyć jakiś kawałek ziemi"

Odnosi się wrażenie, że Litwini żyją w epoce patriarchatu. Ziemia dla nich jest źródłem wszelkich dóbr. Może właśnie stąd powstały ustawy,że kawalerów orderu Vytisa, sygnatariuszy Aktu Niepodległości, honorowych obywateli należy obdzielić parcelami"Dlaczego więc minister Sigitas Kaktys może czuć się od nich gorszy?

A propos, nie jest on pierwszym takim działkowcem i bodajże nie ostatnim. Z tej okazji warto przypomnieć pierwsze lata niepodległości. Gdy ogarnięci euforią idealiści na Fundusz Blokady ofiarowywali rodzinną złotą biżuterię, wówczas przywódcy kraju budowali lub remontowali domy,śpieszyli z odzyskaniem posiadanej dawniej ziemi.

Co prawda, przez pewien czas mania działkowa przycichła. Wtedy samorząd m. Wilna postanowił dzielić mieszkania na Starówce. Chwytali "partyjniacy", kto tylko mógł, według rangi i wpływów. I usprawiedliwiali się,że będą ratowali Starówkę.

Czy warto zatem się dziwić,że absolutna większość mieszkańców Litwy jest rozczarowana władzą, uważa ją za nieuczciwą, troszczącą się wyłącznie o własne interesy, skorumpowaną?

W ubiegłym tygodniu firma badania opinii publicznej "Baltijos tyrimai"/GALLUP ogłosiła,że 75 proc. mieszkańców Litwy sądzi, iż kraj jest rządzony bez uwzględniania pragnień ludzi, 56 proc. wyraża przekonanie, iż władza na Litwie jest biurokratyczna, a 52 proc. uważa ją za skorumpowaną.

4 proc. myśli, że władza jest efektywna i skuteczna i tylko 2 proc. sądzi, iż jest prawidłowa. Należałoby jeszcze spojrzeć na przeprowadzone przez "Veidas" badania, świadczące,że najbardziej skorumpowaną w oczach ludzi jest partia rządząca.

Dla tych działek można zmieniać i poglądy, i partie, zdradzać wszelkie zasady. Oto na przykład, najnowszy bohater narodu Rolandas Paksas. W 1990 roku prosił o przyjęcie do partii komunistycznej. Potem, gdy leciał samolotem z Ameryki, spotkał Vytautasa Landsbergisa i "przeszedł" do prawicy, został konserwatystą. Teraz jest już liberałem. I ludzie nie są w stanie zrozumieć, jakie są przekonania, zasady i zapatrywania takich polityków, jak R. Paksas.

Inny eks-premier Gediminas Vagnorius jest chociaż bardziej konsekwentny. Rozpocząwszy swoją karierę polityczną jako socjaldemokrata, jeszcze niedawno chwalił się,że konserwatyści prowadzą politykę "socjaldemokratyczną".

Więc czy warto się dziwić,że kraj, prowadzony przez takich ludzi, przeżywa kryzys, najgorszy od odzyskania niepodległości? Przy tym nie tylko gospodarczy i polityczny. O wiele ważniejszy jest kryzys zaufania do władzy, partii, instytucji, przywódców państwa.

Granicę naprawdę przekroczono. Jeśli nadal będą tolerowani we władzach, partiach ludzie o mentalności "działkowców", to może zachwiać się nie tylko wiara obywateli w państwo, ale też w demokrację, ideały Zachodu.

("Veidas" z 2 grudnia 1999 r.)

NG 51 (436)