Make your own free website on Tripod.com
Ks. kardynał Henryk Gulbinowicz

Gawęda z litewskiego zaścianka

Wileńskie korzenie mojej rodziny sięgają dawnych czasów. Jak dawnych - trudno określić. Wileńszczyzna jest krajem, który lubuje się w rozmaitych fantazjach i legendach. Także w mojej rodzinie opowiadano historie, których autentyczność trudno dzisiaj sprawdzić. Mówiono, że prawdopodobnie ród Gulbinowiczów nazywał się wcześniej Łabędzcy i zamieszkiwał na zachodzie Rzeczpospolitej, na terenach, które w XVIII wieku dostały się pod panowanie Prus. Prawdopodobnie w wyniku narażenia się nowym władzom Łabędzcy musieli uciekać i osiedli na Litwie. Przy tej okazji zmienili także nazwisko. A ponieważ łabędź po litewsku nazywa się gulbin, więc przybrali nazwisko Gulbinowiczów.

Jak pradziadek Napoleonowi lemoniadę podał

Już nie legendarna, ale zapisana w dokumentach historia rodziny Gulbinowiczów zaczyna się w końcu XVIII wieku - miałem w rękach dokumenty pochodzące z 1782 roku. Gulbinowiczów na ziemi wileńskiej było parę rodów. Jedni szlachta folwarczna, inni zagrodowa. O jednym stryju wiem, że nosił imię mojego ojca, stale mieszkał w Wilnie i był współwłaścicielem hotelu ,George? przy ulicy Mickiewicza. W rodzinie mówiono, że mu się poszczęściło. Inny daleki krewny był adiutantem Napoleona. Nazywał się Wąsowicz. Mówiono o nim: oficer do specjalnych poruczeń. Jedna z ciotek studiująca historię na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie uzyskała potwierdzenie tej rodzinnej legendy. Znalazła dokumenty stwierdzające, że Wąsowicz pełnił funkcje rozpoznawcze przy sztabie armii napoleońskiej idącej na Moskwę.

Z tym wiąże się zresztą jeszcze jedna historia. Rodzina matki miała piękną, niewielką posiadłość nad rzeką Wilią. W tym miejscu jest bród, przez który w okresie letniej suszy można z łatwością przebyć tę dość szeroką rzekę. Napoleon idąc na Moskwę zatrzymał się w posiadłości pradziadka. A była tam wspaniała altana wśród starych lip. Kiedy w tej altanie zatrzymał się Napoleon, to mój pradziadek, jako mały chłopiec, podawał mu na srebrnej tacy chłodne napoje. Opowiadał o tym jeszcze w chwili śmierci, w wieku 97 lat.

Inni Gulbinowicze zamieszkiwali w powiecie wileńsko-trockim, zajmowali się rolnictwem i hodowlą, a niektórzy także sadownictwem. Byli to ludzie pracowici, staranni, a także ambitni, co wyrażało się w posiadaniu rasowego bydła i rasowych koni. Wszyscy trzymali się razem i dbali o honor rodziny. Obowiązywała dewiza: "rangas non flectes". Mówiła ona, że porządnego człowieka można złamać siłą fizyczną, ale nie uda się go nagiąć do niewłaściwych idei. Nie znam np. wypadku, by ktoś z moich bliskich był wzywany do sądu czy osadzony w więzieniu, poza okresami niewoli i okupacji.

Jak dziadkowi Józefowi puściły nerwy

Mój dziadek Józef wspominał z wielką atencją swojego dziadka, też Józefa. Bo każda odnoga Gulbinowiczów miała swoje imiona ,uprzywilejowane", które nadawano chłopcom, kiedy umierał przedstawiciel rodu noszący to imię. Rodziny były wielodzietne. Kilkoro a nawet kilkanaścioro rodzeństwa nie było żadną nadzwyczajnością. Mój dziadek miał dziewięcioro dzieci. Właśnie za jego czasów został kupiony folwark Szukiszki. Tam urodził się mój ojciec. Ja urodziłem się co prawda w szpitalu w Wilnie, ale była taka tradycja, żeby w metryce jako miejsce urodzenia wpisywać miejsce zamieszkania ojca.

Z dziadkiem Józefem wiąże się pewna powstańcza historia, o której zresztą nie wolno było przy nim wspominać. A było tak: dziadek, nie mając jeszcze 16 lat brał udział w powstaniu styczniowym 1863 roku. W naszych lasach stacjonował oddział powstańców. Oczywiście należało im pomagać. Przygotowano więc wielki wypiek chleba, załadowano w parokonną furę, przykryto czymś dla niepoznaki i on, jako dorastający już chłopiec, miał zawieźć ten chleb na miejsce stacjonowania oddziału. Kiedy odjechał już jakiś kawałek od domu, z lasu wypadł oddział carskiej policji. Dziadek chciał im uciec z pola widzenia i zaciął konie. Tylko że zrobił to zbyt gwałtownie i niestety bochenki chleba zaczęły wysypywać się z wozu. Trzeba było sprawę zatuszować. Kosztowało to sporo złota, a dziadek nigdy nie mógł sobie wybaczyć, że wtedy zachował się zbyt nerwowo.

Anioły już nie ronią łez nad stryjem

W roku 1920 zginął w wojnie z bolszewikami mój stryj Ignacy, najmłodszy ze wszystkich dzieci mojego dziadka. Został pochowany we wspólnej mogile pod Warszawą. W każdą rocznicę jego śmierci zamawiano solenne nabożeństwo żałobne w parafii św. Jerzego w Bujwidzach. Odbywał się wówczas zjazd rodzinny. Zabierano też dzieci, bo to przecież ,bohater w rodzinie?. Podobały mi się w czasie tych nabożeństw dwa wsparte o katafalk kolorowe anioły z opadłymi skrzydłami, które roniły łzy. Kiedy w 1990 roku już jako kardynał byłem w moim parafialnym kościele, spytałem księdza proboszcza, Litwina, gdzie są anioły od katafalku? Odpowiedział, że wnętrze kościoła spaliło się kilkanaście lat wcześniej. Uratowano cenne gobeliny, obrazy święte i resztę wyposażenia świątyni, ale anioły spaliły się wraz z katafalkiem. Poczułem w sercu smutek, jakbym stracił dawnych przyjaciół.

Gromadne wychowanie ciotek

W dzieciństwie mnie i mojej siostrze stawiano bardzo duże wymagania. Za przestępstwa i psoty rozmaicie stopniowano kary. Za drobniejsze przewinienia targano za uszy albo stawiano do kąta, twarzą do ściany lub w kierunku pokoju. Jeśli było to przestępstwo większej rangi, to trzeba było klęczeć obok kanapy, nad którą wisiał pejzaż jakiegoś holenderskiego malarza. No cóż, bardzo dobrze pamiętam ten pejzaż... Najgorszą karą było klęczenie połączone z trzymaniem na ramieniu ciężkiego wałka do bielizny. Często musieliśmy tak klęczeć razem z siostrą, która była żywym hajduczkiem i psociła chyba jeszcze więcej niż ja.

W wychowywaniu dzieci rodzicom pomagała zwykle służba albo krewni. Miałem bardzo dużo ciotek. Nasza rodzina trzymała się razem, więc było dużo odwiedzin i wzajemnych wizyt. Już jako stary człowiek, obserwując późniejsze zmiany obyczajów sądzę, że takie gromadne wychowywanie było bardzo dobre. Dzieci musiały być odpowiednio ubrane, właściwie się zachować. Pamiętam cały ceremoniał szurania nogami, obcałowywania po rękach cioć i koleżanek. Poza tym dzieci musiały się czymś popisać. A było mnóstwo możliwości: żywe obrazy, deklamacje, piosenki. Do dziś pamiętam fragment piosenki, którą musiałem śpiewać podczas rodzinnych zjazdów: ,chodziłem po polu i zbierałem kłosy, takie dziewczę kocham, co ma jasne włosy. Co ma włosy jasne i oczy niebieskie, których bym nie oddał nawet za berło królewskie?. Co ciekawe, mój tata, który nauczył mnie tej piosenki, nie ożenił się wcale z blondynką, tylko z szatynką. Mama nie miała także niebieskich oczu. Ale ta piosenka była częścią jego ulubionego repertuaru. Pamiętam też, jak zaciąłem się przy recytowaniu wiersza Adama Mickiewicza "Powrót taty". To był ogromny wstyd. Ale właśnie przez te wszystkie zabawy dzieci bardzo szybko uczyły się zachowania wśród ludzi, manier, pewnej swobody.

Szafa gdańska i morały babci

Frajdą były wyjazdy do babci, prawdziwej damy z zaściankowej szlachty. Zawsze zadbana, nosiła włosy upięte starannie w wysoki kok. Była też ogromnie ciepła i pozwalała na wszystko. W stołowym pokoju stał ogromny kredens gdański. Uwielbialiśmy bawić się w sklep. Jeden z nas siedział w dolnej części kredensu i był sprzedawcą, a reszta przychodziła do niego i kupowała.

Babcia miała też starego psa, bernardyna, który nazywał się Miloch. Można było z nim wyprawiać wszystko co się chciało, siadać na nim, targać za uszy. Ale był też wielki prześladowca dzieci - kogut. Gdy pojawialiśmy się na podwórku, to dziobał nas po kolanach, wskakiwał na głowę i przepędzał.

Babcia lubiła opowiadać nam historię, która miała uczyć szacunku do wszystkich żywych stworzeń. W majątku pradziadka, jeszcze w połowie XIX wieku, była kuźnia, gdzie oprócz kowala pracowało zawsze dwóch młodych pomocników oraz... oswojony miś. Walił młotem, jeśli wygięcie jakiegoś kawałka metalu wymagało większego wysiłku. Ale oczywiście był także wielką atrakcją dla przyjeżdżających. Kiedyś mistrz kowalski poszedł na obiad zostawiając jednego z uczniów. Misia zawsze przykuwano wtedy w izbie, blisko kowadła, żeby nie wystraszył przechodzących ludzi. Niemądry czeladnik chciał zażartować z misia i przyłożył mu pod ogon gorące żelazo. A niedźwiedź, broniąc się przed bólem, machnął łapą i jednym ciosem zabił tego chłopaka, po czym bojąc się kary postawił ciało przy miechu. Przychodzi po obiedzie mistrz i daje rozkaz chłopcu, żeby coś zrobił, a on się nie rusza. Kowal potrząsnął go za ramię i ciało osunęło się na ziemię.

Na kanwie tego wydarzenia babcia wysnuwała morał: pamiętajcie, że zwierzę, podobnie jak człowiek, jest mądre, wrażliwe na ból, nie wolno go krzywdzić.

Pan Teatr przychodził na Boże Narodzenie

Na Litwie najwystawniej obchodzono Święta Bożego Narodzenia i Święta Zmartwychwstania Pańskiego.

W Wigilię do łamania się opłatkiem przystępowali wspólnie wszyscy mieszkańcy majątku, krewni i służba. Przestrzegano oczywiście liczby potraw. Barszcz koniecznie z uszkami. Uszka nadziewane grzybami. Grzyby nie mogły być przepuszczane przez maszynkę, lecz siekane tasakiem. Okropna robota, ale zupełnie inny smak. Później te grzyby podsmażano na oleju, co sprawiało, że grzybowy farsz był pyszny i chrupiący.

Po kolacji musiał być deser. Suszone owoce, z których robiono kompot. A oprócz tego sliżyki. Oczywiście nie wiecie, co to są sliżyki! Najpierw przyrządzało się mleko makowe: roztarty mak z rodzynkami namoczony w mleku. Do tego zagniatano dość twarde ciasto, które po upieczeniu cięto na kawałki i wrzucano do makowego mleka. Słodzono to wszystko miodem.

Dla nas uszka z farszem grzybowym i sliżyki to były dania, za którymi tęskniliśmy przez cały rok.

Z kolei Wielkanoc miała inną atrakcję. Stół ze święconym, uroczyście ubrany, na którym panoszył się upieczony młody prosiak. Nie wiem dlaczego, ale było mi go żal. Dlatego nigdy nie jadłem tego smakołyku. Ale nim zasiadano do święconego, tym którzy zostawali w domu i nie jechali na rezurekcję do kościoła, nakazywano wysłuchać Ewangelii o Zmartwychwstaniu Pańskim. Był bardzo stary zwyczaj w tamtej okolicy, że chłopcy w wielu 14-16 lat uczyli się na pamięć Ewangelii, a następnie przychodzili do dworów i chat chłopskich, by ją z pamięci recytować. Dobry obyczaj nakazywał, by wszyscy domownicy z uszanowaniem, na stojąco wysłuchali Ewangelii. Posłańca przyjmowano w godnej izbie albo w salonie. Dzieciom tłumaczono, że ci chłopcy zwiastują nowinę o Zmartwychwstaniu Chrystusa, jak ongiś czynili to Aniołowie, kiedy niewiasty przyszły do grobu namaścić ciało Pana. Pytałem mamę, czy kiedy będę miał 14 lat też będę mógł pełnić rolę Anioła, jak ci wiejscy chłopcy. Matka odpowiedziała, że chyba nie. Później zrozumiałem, że tym chłopcom dawano jałmużnę. Tak więc zwiastunem Zmartwychwstania Chrystusa zostałem dopiero jako kapłan. W okresie Świąt Bożego Narodzenia przychodził ,Pan Teatr?, człowiek starszy, który nosił na plecach pokaźną skrzynkę. W tej skrzyni mieścił cały teatr lalkowy. Rozstawiał go w salonie, dzieci rozsiadały się na krzesłach i na podłodze, rozsnuwała się kurtyna i pokazywali się pastuszkowie, anioły, święci. Wszyscy malutcy, ale na wyobraźnię dzieci bardzo to działało. Na mnie największe wrażenie robiła scena śmierci Heroda. Śmierć kosą strącała jego głowę, a złota korona toczyła się po podłodze.

Dopytywaliśmy, czemu "Pan Teatr" nie może przychodzić częściej niż tylko raz do roku...

Dlaczego pan Fisiel się kiwa i kiwa?

Na Wileńszczyźnie mówiono: "tradycja to rzecz święta". Mama bardziej pilnowała przepisów wigilijnych i tradycyjnych obyczajów niż rachunku sumienia. Przestrzeganie tych wszystkich obrzędów wyróżniało szczególnie zamieszkujących na Litwie Polaków. Ale na Wileńszczyźnie mieszkali też prawosławni i starowiercy, a w miastach także protestanci.

Wśród drobnej polskiej szlachty panowała atmosfera zrozumienia dla innych nacji i religii. Dopiero kiedy byłem w Wilnie, miałem okazję zobaczyć inną reakcję. Działała tam wówczas ultraszowinistyczna organizacja - Falanga. Szedłem z ciotką i zobaczyłem całą grupę chłopców w charakterystycznych koszulach, z przypiętymi do piersi mieczykami Chrobrego. Skandowali: "Falanga walczy, Falanga czuwa, Falanga z Polski Żydów usuwa". Cofnęliśmy się z ciotką na skraj chodnika. Tą samą ulicą szła starsza Żydówka, którą oni popchnęli tak, że się przewróciła. Pamiętam, jak ciotka zaczęła na nich kląć. Zjawili się też inni ludzie, którzy pomogli kobiecie wstać. Bo takie rzeczy nie były akceptowane.

Może to ostatni znak pamięci...

Wybuch wojny zaskoczył mnie, kiedy byłem na wsi u rodziców. Kończyły się wakacje. Ojca wcielono do wojska już w połowie sierpnia 1939 r. Stacjonował w Wilnie. Jego jednostka była tymczasowo ulokowana w byłym klasztorze Bazylianów koło Ostrej Bramy. Żyliśmy w niepokoju. Dziadek kazał chować wszystko, co było cenne. Robiono zapasy, bito trzodę, robiono wędliny, smalec.

Mnie zlecono utrzymywanie kontaktu z ojcem. Nosiłem mu jedzenie, czystą bieliznę. A ojciec zlecał mi pisanie listów dla niepiśmiennych żołnierzy z jego oddziału. Pisałem przeważnie kartki pocztowe. Pamiętam, że trzeba było wypisywać imiona nie tylko żony, dzieci, rodziców, ale też wielu krewnych. Dziwiłem się tej chłopskiej kurtuazji, polegającej na pamiętaniu o mieszkańcach całej wsi czy zaścianka. Pytałem ojca, czy nie opuszczać tych nazwisk bez wiedzy nadawcy. Kazał mi być wierny poleceniom. Tłumaczył: może to ostatni znak ich pamięci? Czy ty wiesz, kto z nas powróci z frontu?

Ale oddział ojca nie poszedł w końcu do walki. Kazano im w mundurach i z bronią wracać do domu. I którejś nocy ojciec wrócił z dwoma kolegami. Radość była ogromna. Zapamiętałem, jak ustalali, gdzie schować broń. Chwalili też dowódców, którzy nie chcieli ani broni, ani mundurów i wyposażenia zostawić nacierającej Armii Czerwonej.

Zaczął się czas wielkiej niepewności. Tereny zajęte przez Armię Czerwoną popadły w letarg. Nieczynne szkoły, urzędy. Z ukrycia powychodzili zwolennicy ustroju sowieckiego, zwykle nie Polacy. Pojawiło się też sporo Żydów, którzy uciekli przed hitlerowcami. Władzę przekazano na parę miesięcy Litwie, lecz dość szybko zastosowano sowiecką metodę głosowania i okazało się, że wszyscy chcą przyłączenia do Kraju Rad. Powołano komunistyczne władze w gminach i powiatach. Zaczęły chodzić pogłoski, że szykują się aresztowania i zsyłki na Sybir. Nikt nie był pewny jutra, zwłaszcza ludzie trochę bardziej majętni. Wszystkie domy nabrały ubogiego wyglądu. Pochowano wszelkie dowody zamożności, ubierano się zgrzebnie, by obcym panom nie pokazać prawdziwego oblicza przeszłości.

Pierwsi pojechali na "białe niedźwiedzie" urzędnicy, policja, właściciele większych majątków ziemskich. Potem zaczęły się wywózki znaczniejszych gospodarzy. Nasza rodzina była wyznaczona do wywózki na 24 czerwca 1941 roku. Stało się inaczej. 21 czerwca do Wilna weszli żołnierze wermachtu. Zaczęła się nowa okupacja. Gdy Rosjanie przyszli kolejny raz, wiadomo już było, że wojna dobiega końca. Naszą miejscowość wojska Armii Czerwonej zajęły 7 lipca 1944. Do domu wszedł tylko jeden oficer. Był bardzo grzeczny, mówił nieźle po polsku, bo pochodził podobno gdzieś spod Łucka. Nie zrobił złego wrażenia. Panie dziwiły się tylko, dlaczego on, Polak spod Łucka, służy w Czerwonej Armii. Uważały to za niegodne. Wtedy jeszcze tak myślano.

Naszej rodzinie II wojna światowa nie wyrządziła wielkich szkód. W jej wyniku nastąpiło jednak najgorsze: konieczność opuszczenia rodzinnych stron. Zostaliśmy odcięci od korzeni rodzinnych, od ziemi przodków. Pozostawić trzeba było domy, gospodarstwa i dobytek. Rodzinne groby. Niektórzy postanowili jednak pozostać na miejscu. Spodziewali się, że sytuacja ulegnie zmianie i szybko wróci tam Polska. Tak się jednak nie stało. Historia uczy, że wojna przesuwa granice na setki lat, albo na dłużej.

("Życie" z dn. 26.12.1999 r. w skrócie)

Fot. Bronisława Kondratowicz

Na zdjęciu: Ks. kardynał Henryk Gulbinowicz w roku 1990 udziela Komunii św. w rodzinnej miejscowości Pryciuny koło Bujwidz w czasie Mszy św. odprawionej w intencji ponownego poświęcenia odnowionej kaplicy, w której był ochrzczony.

NG 1-2 (438)