Make your own free website on Tripod.com
Liliana Narkowicz (Alpy Berneńskie - Wilno)

Szwajcarskimiśladami Juliusza Słowackiego

"Ty sobie, Mamo, wystawić nie możesz, co to jest patrzeć ze szczytu Righi albo Faulhorn na swód słońca... Świat zdaje się pod nogami... ten sam chłód, który przenika na szczycie gór, rodzi w umysłach jakąś drażliwość... Płakałem na Righi. Rozczulała mnie cichość i małość chat, rozsianych po górach i dolinach między zwierciadełkami kilkunastu jezior. (...)Gdyby nie było na świecie poezji, to ta sama myśl, że człowiek, który chodząc po ziemi zebrał tyle jasnych i zachwycających obrazów i z nimi do grobu pójść musi, urodziłaby ją." (J. Słowacki - 1835 r.)

Tak oto charakteryzuje poeta Alpy. Dumą Szwajcarów jest góra Matterhorn, 4477 m. Juliusz do Szwajcarii przyjechał przez Francję, gdzie znajduje się Mont Blanc i ciągnie się wzdłuż przeciwnego brzegu Jeziora Lemańskiego ten sam łańcuch gór. Jednak w dość szczegółowych listach swojego pierwszego pobytu w Paryżu o Alpach, które widział na terytorium Francji, wspomina dopiero pisząc do matki swój pierwszy list z Genewy, relacjonując drogę z Francji do Szwajcarii.

Tak, jak przejażdżki po jeziorze Leman czy spacery nad jego brzegami, tak wycieczki podgórskie i w góry należały wówczas do dobrego tonu. W 1830 r. podróż w Alpy odbyli między innymi Adam Mickiewicz i Antoni Edward Odyniec, a przyłączył się do nich mieszkający wówczas w Genewie Zygmunt Krasiński. Słowacki, który odziedziczył po ojcu nie tylko talent literacki, ale i gruźlicę, w dzieciństwie słaby i chorowity, przez całeżycie szczupły i drobny, nigdy wcześniej nie zdradzał upodobań alpinistycznych.
W liście do matki pisanym 15 lipca 1833 r. w Genewie donosi, że kilka razy wybierał się konno na spacer w góry towarzysząc znajomym, "... góry, z których mniejsza równa naszej Zamkowej Górze". U stóp Salive wszyscy wsiedli na osły, a punktem docelowym było "wiejskie śniadanie".

W rok później weźmie udział w prawdziwej wycieczce alpejskiej, na którą wyruszy, jak pisze "rano 31 lipca" i wróci po dwudziestu dniach. "Podróż ta - skonstatuje - była prawie nadspodziewaną. Pani Wodzińska, bawiąca tu, wyjeżdżając z familią namówiła mię, abym jej towarzyszył. Nie mogłem oprzeć się pokusie".

Tych pokus było dwie. Jedna - Alpy, druga - "panna Marianna, młoda ale nieładna, dosyć jednak miła i mnóstwo mająca talentów..."

Talenty Marii Wodzińskiej" Grywała na fortepianie "metodą Fielda", rysowała i po prostu, jako przyszła dama wielkiego świata, umiała prezentować się w salonie. W Muzeum Narodowym w Warszawie można między innymi oglądać album rysunkowy młodziutkiej wówczas Marii Wodzińskiej. Jest autorką własnej podobizny, zostawiła nam wizerunek rodziców - Teresy i Wincentego Wodzińskich, młodszej siostry Teresy i jednego z braci - Feliksa. Jest w tym albumie Chopin, ale Słowackiego nie ma. Może i wypada wierzyć jej wspomnieniom w sędziwych już latach, że śmieszył ją Juliusz chcąc się mierzyć z Adamem. Ale dzięki niej mamy też jedyny znany dotąd wizerunek szwajcarski Eglantyny Pattey.

Juliusz o towarzystwie wycieczki w Alpy Berneńskie mówi, że składało się z 9 osób. Dziś wiemy, że oprócz piątki dzieci państwa Wodzińskich - Marii, Teresy, Antoniego, Feliksa i Kazimierza była ich matka, guwernantka i dwóch Juliuszów - Słowacki i Grużewski (zegarmistrz z Genewy).

Osobiście bardzo lubię góry. Byłam w swoim czasie na Krymie i Kaukazie. Znam Alpy po stronie Austrii, Włoch i Francji. Ale w żadnym kraju góry nie zajmują tak znacznej części terytorium (większą część). Tu modne jest powiedzenie: "W Szwajcarii ceny są tak wysokie, jak Alpy".

Słowacki zarówno w listach do matki, jak i w poemacie napisanym już na terenie Włoch pt. "W Szwajcarii" wspomina o szaletach górskich, gdzie podróżni mogli przenocować. Dziś w górach są hotele, np. w Alpach Berneńskich słynny hotel na Pilatus - Kulm, znajdujący się na wysokości 2132 m. Zresztą, szczyty górskie można dziś zaliczać nawet z kilkuletnim dzieckiem, są wyciągi, kolejki górskie, a nawet luksusowe pociągi typu "le Mont- Blanc express". Juliusz rozpoczął swoją podróż z Genewy przez Jezioro Lemańskie parostatkiem "Winkelried": "... pożegnałem oczyma Pâquis i Pâquis zniknęło. Koleją wysuwały się z jeziora: Coppet, gdzie pani Staël mieszkała - potem Lausanne - za Lausanną Vevey - z drugiej zaś strony skały Heilleries, sławne skały, skąd kochanek Heloisy najpiękniejsze listy pisał. Przepłynęliśmy koło sławnego zamku Chillon - i na koniec wylądowaliśmy w końcu jeziora Villeneuvë.

Śladami Słowackiego w Alpy Berneńskie wyruszyłam również z Genewy, ale statkiem dla tej prostej przyczyny, że wspominany przez niego "?statek parowy" to już daleka przeszłość. Podróż jeziorem była jednak krótka. W Coppet warto zwiedzić na zamku (XIX w.) muzeum prywatne, bo pielgrzymka do miejsca, gdzie francuska pisarka, której książki Juliusz lubił, "błąkała się" wśród komnat, leżała przecież w zakresie marzeń poety i miała być pielgrzymką w intencji matki - Salomei Słowackiej - Bécu. W Lozannie Juliusz nie był, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo i w korespondencji z matką o tym mieście wspomina tylko przelotem. Warto tu się zatrzymać, by wstąpić na chwilę do byłej akademii, w której murach w latach 1849 - 50 wykładał łacinę i spróbować zidentyfikować miejsce jego pobytu w Beau - Séjour, który zna się tu nie ze względu na polskiego wieszcza, lecz pobytu w nim księcia Napoleona. W Vevey odnalazłam hotel, w którym zmarł Henryk Sienkiewicz. (Jest tu też tablica pamiątkowa po polsku). Patrząc z okna pokoju z widokiem na Leman i Alpy mimowolnie się przypominały jego ostatnie słowa: "Ja już niepodległej Polski nie zobaczę..." (15 listopada 1916). O Vevey nad Lemanem wspomina Juliusz tylko tyle, że mieszkał tu jego znajomy - Sobański.

Przewodniki po Szwajcarii wymieniają aż 50 najznaczniejszych zamków (fr. Château czyt. Szato). Ludzie z całego świata zjeżdżają się dla... Chillonu, rozsławionego przez romantyka Byrona. W dobie Słowackiego - miejsce licznych pielgrzymek, ale nie tylko. Wiadomo, że klucz od tego zamku znalazł się pośród pamiątek w ks. Izabeli Czartoryskiej w słynnych Puławach, a do Polski przywiózł i ofiarował dla niej jeden ze zwiedzających Polaków - Karol Sienkiewicz. Wodzińskich i towarzyszy "najęty powóz" zawiózł do miasteczka "sławnego solną fabryką i minami''. Słowacki mówi więc o Bex. Nie powiadamia nas jednak jak długo zwiedzali żupy rolne. Dziś zorganizowana wycieczka w ''Mines de Sel de Bex'' trwa 1 h 45 min. Stała temperatura, niezależnie od pory dnia i okresu zwiedzania, wynosi ok. 17 stopni. Sól kuchenna, sprzedawana w Szwajcarii pochodzi z Bex, a wydobywa się ją tu od 1684 r. O pobycie tutaj poeta pisze: "... szliśmy podziemnymi drogami niosąc w rękach lampy żelazne. Było w tej podziemnej podróży prawdziwie coś uderzającego imaginacją..."

Chyba to ona właśnie sprawiła, a przynajmniej tak uważano analizując poemat "W Szwajcarii", że autor zobaczył "tęczę na burzy parowie", kiedy pisał:

"W szwajcarskich górach jest jedna kaskada

Gdzie Aar wody błękitnymi spada..."

W ślad za Słowackim pielgrzymowano do wodospadu Handegg (Handeck) próbując ją zobaczyć. Były w swoim czasie nawet publikacje o zjawisku atmosferycznym, dającym się zaobserwować nad kaskadą: tęczy "powstającej z rozszczepienia przez wody kaskady promieni słonecznych". W Bernie (Muzeum Komunukacji - Museum Fuer Kommunikation) znajduje się rycina Deroya z czasów Słowackiego (patrz zdjęcie), na której wyraźnie widać mostek wygięty w kształcie łuku, który poprzez wizję poetycką mógł budzić skojarzenie z tęczą. Może dlatego autor "W Szwajcarii" pisze dalej: "A czasem tylko jakie białe jagnię

Przez tęczę idzie na skraju doliny".

W każdym bądź razie z zestawieniem opisu z wizerunkiem kaskady z tamtej epoki spotkałam się dzięki zorganizowanej wystawie we Fryburgu Szwajcarskim "Slowacki en Suisse" (Słowacki w Szwajcarii).

Jak wynika z dalszych relacji, podróżni wędrowali trzy dni pieszo, by zatrzymać się w klasztorze św. Bernarda, znajdującego się między skałami - na górę wjechali na mule i znaleźli się, mimo lata, w krainie śniegu. Przez Gemmi i jeziora Thuner oraz Brienzer dotarli do słynnej kaskady w Giessbach. O Gemmi Juliusz pisze: "Droga z zig - zag wykuta ciągle wisi nad przepaścią. Kto na tę górę nie wszedł, to stojąc u jej stóp wierzyć nie może, aby wejść można było. (...) Żadne opisy nie odmalują Wam zieloności szmaragdowej, którą widać w dolinie - tych domów białych, które po niej są rozsypane - tej góry żółtego koloru - tych gazowych chmur, które się wieszają po jej szczytach. A ja - to wszystko - widziałem".

Słowacki lubił być modnym i uchodzić za eleganta, więc starał się naśladować "strojnisiów i dandysów ówczesnej doby". Zwolennicy Chopina, również dbającego o ubiór, zarzucają poecie "brak smaku'". Trzeba jednak pamiętać, że możliwości finansowe obu były różne. Tak czy inaczej Juliusz w listach często zwraca uwagę na to co, gdzie i jak noszą, nieraz opisuje też swoje ubiory. Dzięki temu wiadomo, że w czasie pieszej wędrówki alpejskiej z Wodzińskimi miał na sobie "fantastyczny ubiór": "Miałem płócienną blousę, haftowaną zielonym jedwabiem, kapelusz ze słomy białej i czarnej pleciony, dosyć niski, z ogromnymi skrzydłami i opasany purpurową wstążką - do tego na grubej podeszwie trzewiki - i kij wyższy ode mnie, biały z żelaznym kolcem, jakiego zwyczajnie górale używają" (list do matki z Genewy 21 sierpnia 1834 r.)

O wodospadzie Giessbach możemy przeczytać w wierszu Juliana Przybosia pod tymże tytułem. Przed Słowackim podziwiali "kaskadę srebrną z gór spadającą" Mickiewicz i Krasiński, więc ten, kto tu zawędruje, może zgodnie z prawdą powiedzieć, że czuł ducha trzech wieszczów. Patrząc na Giessbach Słowacki był myślami w Ojczyźnie: "przychodziła mi na myśl Zofijówka - a potem łańcuch myśli rozciągał się dalej - do Wierżchówki - byłem w Julinkach..." Kaskadę w Giessbach płynącą "śród leszczyn" wspomni w wierszu "Do Joanny Bobrowej". Pod pozorem zmęczenia panie zrezygnowały z "wędrówki po Alpach wysokich" i udały się do Lucerny. Panowie podziwiając przez 9 dni w samotności Alpy zachwycali się pokrytym śniegiem szczytem Jungfrau, obserwowali spadające lawiny w dolinie Grindelwald i zaliczyli szczyt Faulhorn słynny wówczas dlatego, że tu mieściło się najwyżej położone schronisko w Europie. Nocleg. Dolina Oberhassli i bycie "w lodowych gmachach pod sklepieniami błękitnego kryształu".

Ta atrakcja XIX stulecia w Rosenlauen dziś nie istnieje ze względu na ustąpienie lodowca. Wodospad Handegg (patrz poemat "W Szwajcarii", przełęcz Grimsel i śliczna, wg Juliusza, droga św. Gotarda. Rzeka Reuss z fascynującym "diabelskim" mostem i Jezioro Czterech Kantonów. '"Najpiękniejsze" - powie Słowacki. Z paniami połączyli się w Lucernie. W księdze podróżnych poeta wpisze się pod nr 1579.

Do Genewy wracali przez Berno, Słowacki długo wspominał bytność w słynnej kaplicy Wilhelma Tella i wspaniałą panoramę Alp podziwianą ze szczytu Rigi: "Nigdy w życiu moim nie widziałem jeszcze tak pięknych obrazów" - podsumuje. Był zadowolony, ale bynajmniej nie z tego, że stosunki z Wodzińskimi jakby ochłodły i zapraszano go rzadziej. Dlaczego?

Kluczem może być napisany w cztery lata później poemat ?W Szwajcarii?, chociaż do dziś historycy literatury się zastanawiają się, czy nie była to tylko wizja poetycka. Niedyskretnie, jak na owe czasy i w stosunku do rodziny Wodzińskich, Słowacki napisze: "Oto przed Tella kościołem pierwsza na kamień wskoczyła płocha o powiedziała mi w głos, że mnie kocha"; "Jest próg tam na fali, gdzieśmy raz pierwszy przez usta zeznali, że się już dawno sercami kochamy"; "Ach! Fala była taka szalona i pusta, że połączyła nawet nasze usta..." I choć w listach pisanych do matki ze Szwajcarii nie wypowiada w stosunku do Marii słowa "kocham", to pisząc z Florencji 19 maja 1838 r. o pogłoskach jakoby M. Wodzińska wyszła za Chopina mówi o niej "moja Maria".

Choć pod okiem matki, braci, siostry i bony, młoda panienka mogła spędzać chwile również sam na sam z Juliuszem. Mogły ich ponieść obopólna sympatia i wyobraźnia. Bo, jak sam poeta stwierdził: "...za tym zmysłem, co kochać przymusza, Poszło i serce, a za sercem - dusza".

W wiele lat już po śmierci Słowackiego Maria powie, że była zbyt młoda, by myśleć o miłości. Z jednej strony mogła być obrażona, że w wyższym świecie głośno mówiono o jej rzekomym szwajcarskim romansie ze Słowackim, kiedy była hr Skarbkową, a potem panią Orpiszewską. Z drugiej - któż wie, czy w głębi serca jako kobieta nie była dumna, że w ten sposób składano jej hołdy. Powtórzy przecież z ukochanym mężczyzną Władysławem Orpiszewskim wycieczkę w Alpy (w Szwajcarii), marząc by tu właśnie rozwinął się jego talent poetycki, ale nie wzniesie się wyżej, niż: "(...) Szwajcaria (...) Pode mną szumiące wody, a przy mnie moja Maria!"

Możemy przypuszczać, że matka Marii celowo przerwała dalszą wspólną wędrówkę po Alpach, przerwała idyllę w sposób dyskretny. Do dobrego tonu należało przyjmować biednego poety w swoim salonie i odbierać jego poetyckie hołdy, ale czasy i obyczaje nie pozwalały na mezalians. Juliusz, nawet jeżeli uznać, że był zadurzony, to nie tak bardzo, jak sobie wyobrażał. Rozstali się przy bardzo romantycznej kaskadzie Giessbach, ale to nie dla Marii będą wspomnienia o jej pięknych wodach, tylko pani Bobrowej. Zaś prototypem muzy - kochanki w poemacie '"Szwajcaria" jest nie tylko Wodzińska. Poemat był pisany w okresie, kiedy szczególnym uczuciem darzył '"piękną Florentynę" o "błękitnych źrenicach''. Oczy Marii, jak wiadomo, były kolory czarnego. Przykłady można mnożyć i trzeba się zgodzić co do tego, że poeci czy pisarze jakże często "zmyślonym postaciom literackim dostarczają swoich cech różni ludzie".

Niewątpliwie, po wycieczce w góry poeta cierpi i rozpamiętuje. Powitany po powrocie przez Eglantynę zawsze jednakowo serdecznie przyzna, że ''jest za co dziękować Bogu, że na drodze ... nie rzucił... wszystkich serc z kamienia''. Co do Wodzińskich, to zwierza się matce: "Zajęty pisaniem, długo u nich nie byłem i wymawiali mi to zaniedbanie, które jak u towarzysza podróży po górach było dość dziwne..."

I znów wizyty u Wodzińskich. Wydaje się mu, że Maria przyjmuje je z radością. Karnawał 1834/1835 spędzi u jej boku i wpisze się do sztambucha (wiersz ten po latach przekaże ona biografowi poety - Biegeleisenowi). U Wodzińskich coraz głośniej o... Chopinie, w którym Słowacki przeczuł sercowego rywala. W marcu 1835 r. Wodzińscy przenoszą się do pensjonatu Pattey w Pâquis. Z. Sudolski stwierdza, że ''kontakty towarzyskie poety z Marią Wodzińską ułożyły się w sposób dziwny i zagadkowy", jednak ich nie komentuje. Spędzają czas na czytaniu, spacerach, rozmowach... To stałe ''asystowanie" nie mogło ujść oczom zakochanej w nim Eglantyny. Czy doszło do scen zazdrości, nie sposób twierdzić, bo na domysły w biografiach poety każdy autor ma prawo. Natomiast w liście (23 sierpnia 1835 r.) Słowacki zwierza się matce: ''... mówię otwarcie, otóż wyznam Ci, że uciekłem - a to dlatego, że biedna córka domu, widząc mię dosyć zajętego panienką młodszą od niej - i widząc tę panienkę dosyć mi sprzyjającą - zaczęła schnąć - i zachorowała niebezpiecznie''. Co do Marii, to napisze matce: "...jedni mówią, żem się był zakochał szalenie w pannie Wodzińskiej i uciekłem... Nie ma w tym za grosz prawdy''.

Na zdjęciach: w Alpach Berneńskich w XIX stuleciu; Alpy Berneńskie dziś. Hotel "Pilatus" (2132 m).

NG 16 (452)