Make your own free website on Tripod.com
Ryszard Maciejkianiec

Nie oryginalna próba eliminowania Związku

Osłabianie organizacji od zewnątrz jest raczej trudne i daje niekiedy wynik odwrotny od zamierzonego. Natomiast ataki od wewnątrz, szczególnie przy głośnym krzyku o braku demokracji, o niedopełnieniu tych czy innych czynności, są bardzo mylące dla opinii publicznej i kwitowane tradycyjnym "Polacy się kłócą".

Tym bardziej, gdy niewielu próbuje szukać przyczyn problemu, praktycznie nie biorąc pod uwagę uzależnień obecnych, związanych z pracą, tytułami, jak również byłych oraz polityki państwa wobec ludności polskiej i możliwych mechanizmów jej realizacji. I kiedy to się rozważy - obraz się zmienia kardynalnie i wyraźna barykada między ludźmi zaczyna się wznosić na ich osobistej niezależności. W tych rozważaniach nie mniej ważne są też aspekty prawne i moralne.

Ostatnio większość polskich i polonijnych ośrodków na świecie otrzymały list F. Szturmowicza i T. Filipowicza, w którym nie zostawiają suchej nitki na obecnym prezesie Związku, głoszą, że przejmują podstawowe funkcje - prezesowanie i redakcję "Naszej Gazety". Do banku, ministerstwa sprawiedliwości oraz widocznie innych organizacji na wykradzionych blankietach T. Filipowicz skierował listy o tym, że przejmuje organizację i jest dysponentem środków na koncie Związku.

Sposób na kompromitowanie naszej organizacji, eliminowanie jej z udziału w procesie przemian społecznych i negację jej dorobku, do którego sami się nie przyczynili, jest dobry, zresztą sprawdzony i skuteczny. Tylko, że to nie polski, nie wileński, bo małostkowy, nikczemny, niegodny szanujących siebie ludzi. Przy tym niezgodny z prawem - bo taka była nań reakcja ministerstwa sprawiedliwości i banku, skąd musieli się wycofać z kwitkiem.

"Groźne oświadczenie" byłych pracowników "Czerwonego Sztandaru" z posłem Janem Sienkiewiczem na czele przyjęte we własnym gronie, zawierające długą listę hasłowych przywar i ułomności obecnego prezesa Związku, czy też prasowa, zawsze na czasie, wykładnia stosowania prawa i statutu zawsze głośnej osoby duchownej, razem stanowią dowód, że w Związek postanowiono mocno uderzyć. Pierwszorzędne znaczenie ma tu na pewno zbliżający się termin oddania do użytku Domu Polskiego w Wilnie, ale też niegłośna, ale skuteczna działalność Związku promująca kulturę polską, nieustępliwość w podstawowych postulatach, które należałoby zrealizować w związku z zamiarem przystąpienia do struktur euroatlantyckich itp.

Ciekawe też, że nikt nawet dla przyzwoitości, nie zadał sobie trudu zastanowić się i porównać, co jednak zrobiono za minione lata, ile nam przybyło kół, oddziałów, siedzib i domów, w których można godnie przyjmować ludzi i promować polskość, ile społecznym wysiłkiem zorganizowano budujących nasze społeczeństwo imprez, wystaw, spotkań, jak imię Związku nabierało solidności i wiarygodności tu na Litwie i poza jej granicami.

Sięgnijmy jednak do Statutu, którego art. 22 jednoznacznie stwierdza, że członek Związku przestaje należeć do organizacji na własne życzenie bądź w wyniku skreślenia go z listy członków decyzją koła, zarządu oddziału bądź Zarządu Głównego. Ponieważ koła wydaliły T. Filipowicza i Z. Balcewicza ze Związku, nie mogli oni brać udziału w głosowaniu w czasie posiedzenia Zarządu Głównego, a złożenie podpisu przez T. Filipowicza pod tzw. postanowieniem automatycznie zadecydowało o jego nieważności w całości - czyli o zwołaniu zjazdu, tak zwanym zawieszaniu i zdejmowaniu ze stanowisk. Stąd też jednoznacznie wynika, że decyzje zjazdu, który rzekomo ma się odbyć 27 maja - też będą nieważne.

Głośnym tupetem można zmylić czasowo opinię publiczną, nie da się natomiast takiej praktyki uprawiać na dłuższą metę, bo oczywista sprzeczność z prawem i Statutem nie pozwoli prowadzić normalnej działalności społecznej. Zresztą jak dotychczas nikt jeszcze nie widział tej mitycznej listy członków ZG ZPL, którzy jakoby swoimi podpisami poparli powyższe postanowienie.

Przed kilkoma laty głośno było o Fundacji Kultury Polskiej im. J. Montwiłła. Wtedy po raz pierwszy poszła w świat szeroka fala negatywnej informacji o Polakach na Litwie, jakoby kłócących się nawzajem. Mimo, że chodziło tu zaledwie o kilka osób, środki masowego przekazu twierdziły o powszechnym skłóceniu. Związek Polaków na Litwie zaproponował wtedy wyciszenie emocji, które negatywnie odbijały się na całym naszym społeczeństwie. Uważny obserwator natomiast musi dostrzec, że wśród atakujących wtedy Fundację, a dziś Związek i "Naszą Gazetę", widzieliśmy w zasadzie te same twarze - grupę byłych pracowników "Czerwonego Sztandaru" pod przywództwem Z. Balcewicza zabezpieczających wtedy głośne prasowe poparcie próbującym "przejąć i zawiesić" - tu i szeroko za granicą, a wśród fizycznie atakujących Fundację można było zobaczyć tegoż F. Szturmowicza oraz zostającego jak zwykle w cieniu przyszłego społecznego doradcy pana prezydenta.

W każdym bądź razie obecny scenariusz wobec Związku został przygotowany bez polotu i nie oryginalnie.

Warto też zauważyć, że wszystkie oświadczenia i publikacje kończą się twierdzeniem o potrzebie jedności i niemożliwości podziału Związku na dwie odrębne masowe organizacje, aby czasem, jak należy rozumieć, co najmniej część organizacji, nie wymknęła się spod kurateli i kontroli.

Tak też sądziliśmy, kiedy przez prawie trzy lata znosiliśmy milcząco rozpowszechnianie nieprawdziwej informacji o Związku i "Naszej Gazecie" przez obecnego lidera AWPL i inne osoby. Plony zbieramy dzisiaj, bo milczenie, jak się okazało, nie zawsze jest złotem. Nasza ludność jest zbyt doświadczona i mądra, aby próbować zaskarbić jej poparcie poprzez przemilczanie bolesnych tematów.

Zachowanie całości Związku na pewno jest ważne, tylko czy jako niezależnej organizacji społecznej, czy też jako dodatku do partii i grupy urzędników, sprawujących dziś władzę w rejonie wileńskim?

Należy też rozważyć i zadecydować na czym nam bardziej zależy - na sztucznym, iluzyjnym "braterstwie i jedności'', kiedy gros wysiłku trzeba wkładać w udawanie tego, czego nie ma, i na bardzo trudną obronę organizacji od wewnątrz przed kolejną próbą jej kompromitacji, czy też na niegłośnej, ale stałej i skutecznej społecznej pracy u podstaw dla dobra tych ludzi, którzy nam ufają.

To co się dzieje na linii AWPL - ZPL jest również kompromitowaniem idei sensu istnienia i działania regionalnej partii narodowej. Możliwe,że stanowi to nawet główny cel obecnej głośnej kampanii. Aktualne działania powyższych liderów, które bez dwóch zdań ktoś doświadczony obmyśla i podpowiada, mają jeden wyraźny cel - kompromitację partii. Przed rokiem, czy może więcej, dopóki lider AWPL jeszcze słyszał, co się do niego mówiło, proponowałem, aby się rozejrzał w swoim najbliższym otoczeniu i zastanowił, w jaki sposób znaleźli się wokół niego tak dziwni ludzie, nawet z byłego więziennictwa sowieckiego. Nie zechciał zrobić wtedy tego, niech więc to zrobi pilnie dziś. Bo jutro może być za późno.

NG 17 (453)